Jeśli Eger, to tylko po wino…

Dojeżdżamy do Egeru przed 14:00. Kwaterę mamy nieopodal centrum, więc mamy dwie opcje do wyboru. Albo idziemy zwiedzać zamek, albo na baseny termalne. Dzieci jednogłośnie wybierają tą drugą opcję 🙂 Sama też czuję, że chwila relaksu w ciepłej wodzie dobrze nam zrobi, gdy na polu 10 stopni i jesienne klimaty wokoło. Najpierw jednak idziemy na rynek, aby zjeść obiadek. Restauracja z widokiem na kolorowe kamieniczki, zamek i kościół serwuje poza widokiem całkiem dobre jedzenie, choć czekanie sprawia, że i my i nasze dzieci tracą cierpliwość 😉 Rekompensatą są pełne brzuszki, no może poza Maćkowym żołądkiem, gdyż Marynia wtryniła mu prawie całego pstrąga! Ja za to delektowałam się węgierską zupą rybną, gorącą, sycącą choć lekko przesoloną. Bartuś i Helenka wybrali naleśniki z dżemem morelowym i też pałaszowali zgodnie.

Teraz obraliśmy kurs na baseny termalne. Najpierw mieliśmy problem, aby obczaić, gdzie jest wejście. Nikt z nas nie włada tym skomplikowanym językiem, zatem z informacji przy głównym wejściu niczego nie mogliśmy być pewni, poza tym, że w tym okresie czynne jest jedno wejście, a dwa pozostałe są zamknięte. Obeszliśmy kompleks z jednej strony i klapa. Powiedziano nam, że wejście jest dokładnie z drugiej strony. Wreszcie po dotarciu na miejsce, zakupieniu biletów w promocyjnej cenie (było już po 16:00, a od tej godziny jest zniżka), zaczęliśmy błądzić labiryntem to po kluczyk do szafki (za który należy zapłacić kaucję 1000 Ft, a pani nie przyjmuje innych nominałów jak tylko 1000 i nie rozmienia (!!!), co za ludzie), to do przebieralni, z której nikt z nas nie wiedział jak przedostać się na baseny… W końcu udaje się nam przejść we właściwym kierunku i wchodzimy do obiektu z krytym basenem z wodą 34-38*C. Cudowna sprawa, aby się ogrzać. Dzieci wariują, bawią się, Bartuś robi przewroty w wodzie, a my z Maćkiem zastanawiamy się, co tu tak przyciąga ludzi… Pomijam fakt, średniej wieku, jaki tu można spotkać… Dla nas to miejsce na godzinę odpoczynku może być, ale gdyby tak spędzać tu urlop tygodniowy? To bez wina się nie da…

Apropos wina, po basenie jedziemy do Doliny Pięknej Pani i jest to chyba jedyne tu miejsce, które robi na nas wrażenie. Jest już zmrok, a ciąg piwniczek, w których można zakupić wino rozświetlają lamki, sporo tu ludzi, część przesiaduje w ogródkach przed piwniczkami, część sączy węgierskie wino we wnętrzu piwniczek. Odwiedzamy kilka z tych pieczar i kupujemy co trzeba 🙂

Eger
Eger

Ogólnie nie jest to kraj, ani kultura którą można nazwać bliską naszym sercom. Powiedzenie „Polak – Węgier, dwa bratanki” wypisane na tablicy jednej z piwniczek o niczym nie mówi. Nie odebraliśmy od tych ludzi tutaj życzliwości serca, szczerości i takiego uśmiechu jak w Bośni, czy w innych bałkańskich krajach. Chyba bardziej zostały tu Austro, aniżeli Węgry. Tak czujemy.

A teraz spać. Jutro podróż do domku! Chyba ucałujemy próg naszego domu, tak nam ta droga powrotna się wlecze… Sweet home!

Powrót

Z Trebinje wyruszamy o 9:00, odbieramy na targu… – no właśnie, co można przywieźć z wakacji na Bałkanach – odbieramy trzy worki cebuli od Pana, z którym umówiliśmy się we wtorek, skrzyneczkę „domaci” pomidorków i ogórków. Każdy pomidor z plamką, każdy inny, nieforemny, może nawet trochę brzydki, ale za to… domowy i pyszny! Zaopatrzeni w swojskie pyszności stawiamy czoła 8 godzinom jazdy, jakie dzielą nas od Nowego Sadu w Serbii. Niestety droga dłuży się niemiłosiernie, dojeżdżamy chwilę przed 20:00 na miejsce noclegu. A tu miłe zaskoczenie, apartament prześliczny, czyściutki, przestronny, łóżka wygodne, w cenie mamy też śniadanie, które mamy sobie rano odebrać ze sklepu (bałkańskie specjały, czyli pita z mięskiem zwana burkiem, lub z serem). Wklejamy namiar na kwaterę, gdyż jako nocleg przelotowy, jest świetna, a poza tym najtańsza na naszym wyjeździe i o najlepszym standardzie (booking)!!

Po nocy na wygodnych łóżkach, pakujemy się w dalszą drogę. Tym razem dystans mamy ten sam co wczoraj, ale za to autostradami, więc czas jazdy zmniejszył się o połowę. Dziś mamy 4 godziny jazdy do Egeru na kolejny nocleg.

 

Trebinje i chorwacka plaża na do – widzenia

Większość planowanych zakupów zrobiliśmy wczoraj, zatem dzisiejszy dzień mogliśmy wykorzystać jeszcze na pożegnanie z Bałkanami nad morzem, a tym samym odwiedzić Chorwację. Po porażce z plażą Igalo, starannie szukaliśmy czegoś ładnego, padło na Mlini. Plaża na południe od Dubrownika, podzielona na dwie lub trzy części, nie jestem pewna, my wybraliśmy ten środkowy skrawek pomiędzy wielkimi głazami i było warto! Cudowne zakończenie sezonu plażowego, pomimo że słońce co chwilę zakrywały chmury, a znad morza wiał mocny wiatr. Miało to swój niepowtarzalny urok, fale z szumem i hukiem rozbijały się o brzeg, a wiatr przynosił zapach morza… Na plaży zaledwie kilka osób, leżaki można jeszcze było wypożyczyć za 40 ichniejszych pieniążków (KUN) i wygodnie poleżeć 🙂 Delektuję się takimi chwilami w takich miejscach. Białe kamyczki, przejrzysta woda, żadnych śmieci, toalety (czyste i z papierem toaletowym), prysznic i przebieralnia na plaży. Kiedyś tu jeszcze powrócimy!

Plaża Mlini
Plaża Mlini

Po 13:00 niebo zasnuło się już całkiem, więc wróciliśmy do Trebinje na pyszny bośniacki obiadek (jakie to przyjemne zjeść mięciutką jagnięcinę i cielęcinę, duszoną pod peke…). Dalszy plan zawierał ponowne odwiedziny monastyru Tvrdos (byliśmy tam rok temu i ujął nas wtedy swoim niepowtarzalnym klimatem). Urok oczywiście był ten sam, znów mogłam zaczytać się w ikonach, które pokrywają tu prawie każdą ścianę cerkwi, odnaleźć maluteńkie ikony napisane na kamieniach, dotknąć mozaiki na podłodze… Piękne miejsce, które zyskało jeszcze po prowadzonym tu w zeszłym roku remoncie.

Monastyr Tvrdos
Monastyr Tvrdos

Kolejną cerkwią na naszej mapie była cerkiew Michała Archanioła, położona na jednym ze wzgórz okalających Trebinje. Niestety była zamknięta (remont).

Cerkiew Michała Archanioła
Cerkiew Michała Archanioła

Znad morza do Trebinje

Raniutko pakujemy nasze rzeczy i kierujemy się wybrzeżem Adriatyku do Zatoki Kotorskiej, do miasta Perast. Tam zostawiamy autko na parkingu powyżej miasteczka (auta mają zakaz wjazdu do miasta, poza mieszkańcami), schodzimy uroczymi, kamiennymi schodkami na nabrzeże, gdzie po kilku sekundach łowią nas właściciele łódek, którzy świadczą usługi dowożenia ludzi na wyspę Ostrvo. Właśnie ta wyspa, usypana przez ludzi oraz znajdujący się na niej Kościół Matki Boskiej na Skale, wybudowany w 1630 r. są celem naszej wyprawy. Wsiadamy zatem do łódki i po kilku minutach jesteśmy na miejscu. Wyspa stanowi dużą atrakcję turystyczną i strach pomyśleć, co się tu dzieje w sezonie letnim…

Kościół Matki Boskiej na Skale
Kościół Matki Boskiej na Skale

Cały czas kursujące łódki dowożą nowych turystów, całe wycieczki tłoczą się u wejścia do kościoła, ludzie przeciskają się wąskimi, kamiennymi wrotami wewnątrz świątyni. A my wraz z nimi.

Kościół Matki Boskiej na Skale
Kościół Matki Boskiej na Skale

Oglądamy wnętrze kościółka, który został tu wybudowany ze względu na znaleziony na skale obraz Matki Bożej, który trzykrotnie próbowano przenieść do kościoła w Peraście, ale obraz powracał na skałę. Wówczas to zaczęto usypywać wyspę, a następnie wybudowano kościół, w którym umieszczono Oblicze Matki Bożej. Z nawy głównej przechodzimy do pomieszczeń przyległych do kościoła, które wypełniają różne eksponaty. Trochę taki misz – masz. Mozaika, krzyże, kamienne tabernakulum, drewniana skrzynia zamykana na trzy zamki (a to ciekawe, bo musiały spotkać się trzy osoby, aby taką skrzynię otworzyć lub zamknąć), troszkę paramentów liturgicznych (kielichy, ampułki, łódki na kadzidło, lichtarze, krzyże), a zaraz obok broń (szable, sztylety, broń palna), nie zabrakło tu dzwonków i starych żelazek… W kilku salach w górnej części nad kościołem (obiekt stanowi równocześnie muzeum) można zobaczyć obrazy przedstawiające burzę na morzu i czuwającą Matkę Bożą nad żeglarzami walczącymi z żywiołem, obrazy Chrystusa rozpostartego na krzyżu ponad morzem oraz wiele świeckich obrazów, gdzie widnieją wspaniałe pejzaże z widokami przedstawiającymi morze i wiele innych. Wychodzimy na kamienny balkon, z którego ślicznie widać miasto Perast, a u jego stóp lazur Zatoki Kotorskiej. Śliczne miejsce, minusem są jednak tłumy ludzi. Łódź zabiera nas z powrotem na ląd.

Powrót na ląd
Powrót na ląd

Chwilkę spacerujemy po nabrzeżu, ale poza restauracjami nic tu już nie ma.

Perast
Perast

Wracamy do LanDzika i ruszamy jeszcze na plażę, gdyż pogoda nam dopisuje.

Dojeżdżamy na plażę w miasteczku Igalo. Totalna porażka. W sumie rozkładamy nasz kocyk z całym majdanem i dzieci lądują w wodzie, ale dość szybko orientują się, że jest ona brudna i chyba nie mają ochoty w niej przebywać. Poza Marysią, bo ona z zapałem brodzi w tej nieprzejrzystej zupie i zbiera jakieś trawy, które jak makaron dryfują tu i ówdzie. Niby miejska plaża, ale WC nieczynne, zamknięte na cztery spusty, prysznice z ukręconymi kranami, do morza wpływa nieopodal jakiś niezidentyfikowany ściek (z okolic WC), plaża w śmieciach, a poza tym sam beton. Tak sobie pomyślałam, że gdybym trafiła tu z jakiegoś biura podróży na tygodniowy urlop, to chyba bym tego nie wytrzymała… Po tych wspaniałych, pięknych plażach, które odnajdywaliśmy za naszych wyprawach, ta okazała się zupełną wtopą. Po niecałej godzinie uciekamy z tamtąd i kierujemy się do Trebinje.

Jak miło zajrzeć w zakątki, które się już poznało! Trebinje, piękne bośniackie miasteczko pośród gór. Nasze kroki kierujemy od razu w kierunku Pijaca, placu pod platanami, z nadzieją że jeszcze uda się nam coś zakupić u targujących tu ludzi. Niestety żywej duszy już nie było. Tylko restauracje i kawiarenki żyją swoim życiem. Teraz za kolejny punkt obieramy lodziarnię, w której dzieci po raz pierwszy jadły lody rok temu. Zamknięta. Szukamy innej. Trafiamy do kawiarni – lodziarni na starym mieście i tam zamawiamy deser lodowy. Dzieci uszczęśliwione!

Lodziarnia GRK
Lodziarnia GRK

Po powrocie do apartamentu widzimy, że nasi Gospodarze warzą coś w przybudówce nieopodal domu. Pytam, czy to sipurak (głóg), ale okazuje się, że ajvar (sos przygotowywany z papryki, bakłażanów, czasem cebuli i czosnku, soli i przypraw). Dostaję na spróbowanie na chlebku tej pyszności i proszę o możliwość zakupienia choć słoiczka. Jest przepyszny. Zupełnie inny od tych ze sklepu… Nazajutrz udaje się nam jeszcze kupić dżemik z fig (dokładnie taki, jaki zrobiłam sama rok temu) oraz dżem w przepięknym, karminowym kolorze, z owoców dereni i granatu. Jako upominek dla mojego brata, dostajemy małą flaszeczkę domowej rakii ze śliwek, czyli śliwowicy 🙂

 

Plażing

Od dziś przez 4 dni ma być piękna pogoda, więc korzystamy na całego i uprawiamy plażing. Wybraliśmy plażę Reževići, zapakowaliśmy prowiant i spędziliśmy piękny dzień na pięknej plaży kąpiąc się w morzu i słońcu.

Plaża Reževići
Plaża Reževići
Plaża Reževići
Plaża Reževići

Dzień pod znakiem zwiedzania

Pogoda znów zapowiadała się mieszana. Nasza mapa punktów do zwiedzania jeszcze nie została całkiem odhaczona, zatem Maciek układa plan na dziś i ruszamy. Pierwszy punkt, to oddalony o około 40 km Žabljak Crnojevića. Znajdują się tam pozostałości twierdzy wzniesionej w X w., a opuszczonej w 1478 r. pod naporem Turków. Cieżko nam znaleźć właściwą ścieżkę prowadzącą do bramy wzniesienia, nie ma tu żadnej tablicy, ani drogowskazu. Dopiero zapytani przez nas lokalni mieszkańcy wskazują nam kamienną drogę, która wiedzie na szczyt. Po krótkim marszu, mijamy cmentarz i dalej naszym oczom ukazują się już mury okalające twierdzę. Wyślizganymi wapiennymi schodami wkraczamy do wnętrza, gdzie widnieją wysokie ruiny mówiące o dawnej świetności tego miejsca.

Žabljak Crnojevića
Žabljak Crnojevića

Kilka ścian jest ogrodzona, prowadzone są tu jakieś prace remontowe, które bardzo przydadzą się temu miejscu, jeśli ma ono nadal przyciągać turystów.

Žabljak Crnojevića
Žabljak Crnojevića

Niestety jest to dość zaniedbane miejsce i gdyby nie jego historia i piękne położenie – rozciąga się tu wspaniały widok na Jezioro Szkoderskie i rzekę Moračę – to chyba nie byłoby po co tu zaglądać.

Žabljak Crnojevića
Žabljak Crnojevića

Uderza nas też ogromna bieda tej okolicy. Mieszkańców tu niewielu, domy bardzo zaniedbane, obejścia brudne i niechluje… Figi gniją na drzewach, nikt ich nie zbiera, aby przerobić, czy sprzedać… Schodząc z twierdzy znajduję dwie rośliny, które przypominają mi tutejszą miętę, zbieram je, ale pewności nie mam. Dochodząc do auta pytam napotkanego mężczyznę, czy to „nana” (lokalna nazwa mięty) i czy mogę z niej „czaj” zrobić. Pan ogląda wącha, jedno z ziół odrzuca, że nie dobre, a drugie potwierdza, że „nana” 🙂 Jestem zadziwiona i mile zaskoczona, że można jeszcze przypadkiem spotkać ludzi, którzy żyjąc blisko natury, znają ją i rozumieją. Tym sposobem mam garść czarnogórskiej mięty, która smakiem powala naszą!

Žabljak Crnojevića
Žabljak Crnojevića

Zostawiamy za nami twierdzę i zmierzamy w kierunku wspaniałego teatru natury jaki tworzy Rijeka Crnojevica. Wolno wijąca się pośród wzgórz rzeka tworzy malowniczy pejzaż, jej zakola oplatają górskie szczyty i zasilają swymi wodami Jezioro Szkoderskie. Dojeżdżamy do punktu widokowego, gdzie możemy zobaczyć to niecodzienne zjawisko.

Rijeka Crnojevica
Rijeka Crnojevica
Rijeka Crnojevica
Rijeka Crnojevica

Podejmujemy decyzję, aby jeszcze tego dnia pojechać do dawnej stolicy Czarnogóry – Cetinje. To też jedno z miejsc jakie zapamiętałam ze swojego trampingu, a konkretnie Monastyr Narodzenia Matki Bożej. Po 20 min. jazdy docieramy do miasta, które wydaje się nam jakby opuszczone, śpiące… w niczym nie przypominające tak znaczącego kiedyś miejsca! Podjeżdżamy na parking przy monastyrze.

Monastyr Narodzenia Matki Bożej
Monastyr Narodzenia Matki Bożej

Wchodzimy w jego mury i okazuje się, że w miejsca w które kiedyś można było wejść, teraz już nie można. Ale wchodzimy do cerkwi, która podzielona jest na dwie części. Z przedsionka można wejść do części wykutej w skale, której ściany pokryte są ikonami oraz do głównej cerkwi.

Monastyr Narodzenia Matki Bożej
Monastyr Narodzenia Matki Bożej

W czasie, gdy podziwiamy ikonostas głównej cerkwi, wchodzi jeden z mnichów prawosławnych z kluczami i otwiera wieko dużej drewnianej, pięknie zdobionej skrzyni. Zaraz ustawia się kolejka osób, które chcą choć chwilkę pomodlić się i zanieść swoje prośby do Boga za pośrednictwem tych, których cząstki się tam znajdują. Idziemy z Helusią, mnich zachęca nas ruchem ręki, abyśmy podeszły. W skrzyni ukazują się naszym oczom relikwie całej postaci (świętego Piotra z Cetinje), okryte drogim ornatem, ale widoczny jest zarys postaci i ręce. Ponadto w złotej skrzyneczce widnieje prawa ręka Świętego Jana Chrzciciela (tylko z dwoma palcami, gdyż reszta znajduje się w innych krajach) oraz w malutkim, równie zdobnym pudełeczku, umieszczone zostały drzazgi z Krzyża Świętego! Krótką chwilkę modlimy się i opuszczamy cerkiew. Niezwykłe miejsce. I niesamowite szczęście, że akurat mogliśmy zobaczyć relikwie…

Dzień wcześniej przeczytałam historię ikony Matki Bożej „Błogosławiony Kwiat”, która się znajduje w monastyrze Rustovo i przed powrotem chciałam tam wstąpić raz jeszcze, aby popatrzyć na tę ikonę. W czasie wtorkowej wizyty nie byłam świadoma, że patrzę na taki cud. Powrót przez Rustovo był nam po drodze, więc ucieszyłam się bardzo, że będę mogła tak szybko spotkać się z „Błogosławionym Kwiatem”. Schodząc schodkami w dół, ku bramie klasztoru, dzieci oznajmiły mi, że jest ta sama, miła mniszka. Jak nasz wzrok się spotkał, twarze nam się rozjaśniły w szerokim uśmiechu. Opowiedziałam jej, że przeczytałam historię ikony i chciałam tu jak najszybciej wrócić. Olga, bo tak ma na imię mniszka, wprowadziła mnie do cerkwi i zostawiła samą, abym mogła pobyć z Kwiatem sam na sam. Dobry czas. Cudowny. Maciek w tym czasie ogarniał dzieci na placu zabaw, który znajduje się tuż za murami monastyru. Cichutko wyszłam z cerkwi i wróciłam do moich Skarbów. Mniszka Olga po chwili pojawiła się przy nas i raz jeszcze utwierdziła nas w swoim przekonaniu, że dla niej to jesteśmy prawdziwą „orthodox family”. Poprosiła, abyśmy spisali nasze imiona na kartce, aby mogły powierzać nas w modlitwie 🙂 Święte miejsce.

Ulcinj – prawie albańskie klimaty

Zapowiadał się deszczowy dzień, ale zza chmur wychodziło słońce, więc postanowiliśmy, że zwiedzimy wysunięte najbardziej na południe Czarnogóry miasto Ulcinij. Wbrew prognozom, z nieba nie spadła ani jedna kropelka deszczu, za to słoneczko obdarzyło nas swym ciepłem i wspaniale podkreśliło urok, i tak pięknego miasta. Zaparkowaliśmy LanDzika nieopodal murów starego miasta i stromą uliczką wspięliśmy się ku kamiennej bramie, która prowadziła w jego prześliczne uliczki. Szybko minęliśmy budynek z napisem „muzej”, gdyż nikt z nas nie miał ochoty na zwiedzanie sal z eksponatami.

Ulcinj
Ulcinj

Chcieliśmy powłóczyć się kamiennymi uliczkami, zachwycić się pięknymi domkami urokliwie przyodzianymi w kwitnące jeszcze kwiaty, usiąść na murze i popatrzyć na fale Adriatyku rozbijające się białą pianą o skały wystające z morza.

Ulcinj
Ulcinj

Stare miasto wyglądało bajecznie! O ile kiedyś zachwyciła mnie Budva, teraz mogę powiedzieć, że do Ulcinij chciałabym powrócić i znów przejść się wzdłuż jego murów. Maciek już mi zapowiada, że owszem, na motorze 😉

Ulcinj
Ulcinj

Może urok tej kamiennej perełki był tak duży, bo pozbawiony prawie turystów? Cichy, leniwy i spokojny. Prosty, bez przepychu, wyważony.

Ulcinj
Ulcinj

Po spacerze, zeszliśmy do nowej części miasta, zjedliśmy zupkę i poszliśmy na upragnione przez nasze dzieci lody 🙂 Przed wyjazdem udaliśmy się jeszcze na miejski targ. W hali ze stołami można było kupić warzywa, owoce, tradycyjne wyroby; oliwę, miód, suszone figi itp. Zrobiliśmy zakupy typowe dla nas, czyli worek świeżych fig, trochę warzyw i… kupiliśmy najpyszniejszą jaką do tej pory jedliśmy, szynkę jagnięcą wędzoną na zimno! Pychota! Do tego ich owczy ser, kajmak „mlady” i „stary” – oba pyszne, smakiem przypominające śmietankowy serek mascarpone, ale o wiele lepsze 🙂

W drodze powrotnej wstąpiliśmy do mieszkanka po rzeczy na plażę i pojechaliśmy złapać jeszcze trochę słonka na wybrzeżu.

Żółw w Sutomore
Żółw w Sutomore

Monastyry pełne ikon

Nie mogłoby zabraknąć na naszej drodze wakacyjnej odpowiedniej dawki sztuki, oczywiście tej w wydaniu prostym, pięknym i zwracającym duszę ku Stwórcy. Mój Kochany Mąż stwierdził dziś rano, że pora na turystykę sakralną, która na pewno jest najlepsza na ból głowy. Nie pomylił się.

Ruszamy drogą do Budvy, a na naszej trasie mamy sześć monastyrów. Nasza Helenka opisała je wspaniale w odpowiedniej kolejności, więc dublować nie będę. Wspomnę tylko o monastyrze, który najbardziej poruszył nasze serca. Rustovo. Krętą, asfaltową drogą wspinamy się naszym dzielnym LanDkiem coraz wyżej i wyżej. Tafla granatowo – szmaragdowego Adriatyku majaczy w dole, a na niej plama wyspy Sv. Stefan. Droga wije się następnie pośród drzew, które przyjemnie chłodzą powietrze. Docieramy na miejsce. Kamiennymi schodkami schodzimy w kierunku sklepiku i bramy, która prowadzi do wnętrza zabudowań monastyru Rustovo.

Monastyr Rustovo
Monastyr Rustovo

Uśmiechnięta, szczupła i wysoka mniszka jakby czeka tu na nas… Pyta, czy pierwszy raz jesteśmy w tym miejscu, a następnie otwiera bramę i wprowadza nas do środka ogrodu, gdzie wszystko ma swoje miejsce. Każdy kwiat, kamień, dzban, klatka z papużką, wszystko położone jakąś dłonią z poczuciem estetyki i harmonii. Wchodzimy do pierwszej cerkwi, w której oglądamy bardzo starą ikonę, umieszczoną w gablocie. To ikona zwana „Pachnącym Kwiatem”.  Historia jej jest niezwykła. Podobno pewien Chrześcijanin kupił ciemne deski od antykwariuszy, z przykazaniem iż należy je złożyć razem, gdyż tworzą one obraz. Kiedy ów człowiek skleił je ze sobą, jego oczom rzeczywiście ukazał się obraz ikoniczny. Odłożył je jednak na później, aby spróbować odtworzyć obraz. Ku jego zdziwieniu po pewnym czasie Bóg sam zaczął pracować nad Wizerunkiem i oczom tego człowieka zaczął ukazywać się obraz Matki Bożej z Jezusem. Ikona trafiła do Rustovo, gdzie jest czczona. Znane są także liczne uzdrowienia, które dokonały się mocą modlitwy przy tej Ikonie…

Ikona Pachnący Kwiat
Ikona Pachnący Kwiat

Mniszka poprowadziła nas następnie do kolejnej cerkwi, która dość nietypowo jak na cerkwie na Bałkanach, wykonana była z drewna i bardzo przywodziła na myśl nasze śliczne kościółki z Podhala. Tu kolejna ikona Matki Bożej z Jezusem, przy niej natomiast modlą się kobiety, prosząc o dar macierzyństwa. Mniszka powiedziała nam, że już ponad sześćdziesiąt wymodlonych małych istnień Bóg powołał dla modlących się pań 🙂

Monastyr Rustovo
Monastyr Rustovo

Wychodząc z cerkwi Mniszka zapytała nas, czy jesteśmy „orthodox family”, czym nas niesamowicie pozytywnie zaskoczyła. Powiedziała, że jak tylko nas zobaczyła, to była pewna, że jesteśmy rodziną prawosławną 🙂 Na co mój Mąż pokazał jej ikonę – miniaturę na swojej szyi i pochwalił się, że to ja piszę i stąd nasza fascynacja kościołem wschodnim 🙂

W sklepiku zakupiłam jeszcze cudownie pachnące kadzidło, aby nam przypominało spokój i harmonię tego miejsca!

Ostatnim naszym celem była Budva. Miasto – perła nad Adriatykiem, jak je zapamiętałam sprzed lat. To już źle wróżyło 😉 Znaleźliśmy parking nieopodal murów starego miasta i ruszyliśmy, aby zatopić się w ich klimat. Kroczymy wąskimi, kamiennymi uliczkami, przeciskając się w tłumie turystów, nieomal przebiegamy przez nie, jak w labiryncie, aby móc się uwolnić od tego natłoku przepychu, kiczowatych pamiątek, zawrotnych cen, biżuterii i klimatu Wenecji. Hmmm po raz kolejny dochodzimy do wniosku, że takie „turystyczne perełki” nie są dla nas…

Stare Miasto w Budvie
Stare Miasto w Budvie

Oczywiście dzieci głodne, a my zerkając w karty menu dostajemy nerwicy. Znaczy ja. Ceny około 2,5 raza wyższe niż w naszym Sutomore. Żal kupić nawet kawę w tak wyśrubowanych cenach! Wpadamy na pomysł, że tu zjemy jakąś przekąskę z „Pekary”, a w domu pójdziemy na porządny obiad. Pomysł wypalił świetnie, bo dzieci wciągnęły ze smakiem pitę z jabłkiem, a my z mięskiem 🙂

Przekąska w Budvie
Przekąska w Budvie

Czym prędzej ruszamy w drogę powrotną, gdyż jest szansa na kąpiel w morzu, a dzieci pragną tego, jak wielbłąd wody.

Stari Bar na migrenę

Migrena potrafi uciszyć mnie prawie na amen. Dobrze, że mój kochany Mąż bierze wtedy sprawy w swoje ręce, a zwłaszcza te sprawy najważniejsze 🙂 Dzięki temu w niedzielę rano zapakował wszystkie dzieci do LanDzika i pojechał z nimi do kościoła na mszę. Komentarz Bartusia po powrocie: Mamusiu, ja to nic nie rozumiałem poza słowem „griechy”, to chyba grzechy, no i jeszcze „Alleluja” śpiewali po Polsku, to rozumiałem. Cudowności moje! Jakoś po ich powrocie pozbierałam się do pionu i pojechaliśmy na plażę, gdzie znów przybrałam pozycję horyzontalną, ale ból sprawiało mi nawet szumiące morze…

Tak minął dzień, wieczór i poranek dnia kolejnego znów przykuł mnie do łóżka. Znów mój Mąż wziął dzieci na off-roadową wyprawę, a ja miałam chwilę ciszy z moją cudowną migreną. Po powrocie Mąż zrobił przepyszne spagetti, tak dobre, że Bartuś wylizał garnek! A jako terapię na ból głowy wyszukał, że możemy zwiedzić ruiny kamiennego miasta Starego Baru, które znajduje się 20 min. drogi od Sutomore. Niepewna decyzji pojechałam z nimi i muszę przyznać, że miejsce jest naprawdę wyjątkowe. Ruiny królują na szczycie wzniesienia, wchodzi się do nich przez kamienną wieżę – bramę. Wąskimi uliczkami spacerowaliśmy wchodząc w zakamarki starych domów, kościołów, pałaców, wdrapując się na cytadelę i podziwiając widoki, jakie rozpościerały się ze wzniesienia – zalesionych wzgórz, szumiącego wodospadu i ciężkich chmur, które przewalały się przez wapienne szczyty.

 

Stari Bar
Stari Bar
Stari Bar
Stari Bar

Ruiny starego miasta zrobiły na mnie, na nas, duże wrażenie. Choć wiele tu jeszcze potrzeba pracy, aby mogło stać się perełką, to potencjał jest 🙂 Stromą uliczką współczesnego Starego Baru ruszyliśmy w dół, aby wrócić do autka. Wycieczka nie zadziałała jak Paracetamol, ale na pewno lekko uśmierzyła ból.

 

Stari Bar
Stari Bar
Stari Bar
Stari Bar

Durmitor w słońcu

Ranek wita nas niebieskim niebem i pięknym słońcem. Po śniadaniu wybieramy się na drogę widokową wiodącą przez góry Durmitoru. Asfalt wije się pomiędzy wspaniałymi szczytami wapiennymi, pagórkami i połoninami. W drodze na przełęcz mijamy oldmobil’a, który stoi kilkadziesiąt metrów  poniżej asfaltu (czy stoczył się w dół, czy też specjalnie go ktoś tam ustawił, tego nie wiemy). Osiągamy Sedlo, czyli przełęcz z której rozpościera się zapierający dech w piersiach (nie tylko od piękna, ale i od wiejącego tu wiatru) widok na otaczające szczyty.

Sedlo w tle
Sedlo w tle

Z trudem wysiadamy z auta, a nasz plan spaceru ścieżką widokową lega w gruzach, gdy wiejący tu wiatr chce nam urwać głowy 😉 Dzieci ubrane we wszystko co się dało, nagle dostrzegają pozytywy naszego porannego zachęcania ich do włożenia ciepłych ubrań. Szybko podchodzimy kilka metrów w górę, robimy parę pamiątkowych zdjęć i byle prędzej, zatapiamy się w cieple LanDzika 🙂 Jedziemy dalej drogą, która jest wyjątkowo piękna. Mijamy stada owiec, krów, kóz… Krajobraz bajkowy. Spalone słońcem trawy łudząco przypominają nasze Połoniny, ale ich ogrom jest nie do porównania, poza tym z tutejszych połonin wyrastają ku niebu gołe, wapienne, masywne szczyty, które wysokością dorównują Tatrom.

Tunele
Tunele

Wstążką drogi, która raz po raz znika w wykutych w skałach tunelach, docieramy do Kanionu Pivy. W dole widać turkusowy zalew (co prawda sztuczny, ale w niczym mu to nie ujmuje piękna) oraz miasteczko Pluzine. Docieramy do Monastyru Piva, wzniesionego w XVI w. i przeniesionego w latach 70-tych na obecne miejsce z terenu zalewu. Wnętrze zdobią wspaniałe freski – ikony. Można tu odetchnąć duchowością…

Monastyr Piva
Monastyr Piva

W Pluzine jemy lekki obiad i ruszamy w drogę powrotną po śladach naszych kół 🙂 Tuż za Sedlem mały korek. Maciek z dziećmi wysiadają zobaczyć co się stało. Otóż traktor wyciąga wspomnianego na początku wpisu oldmobila z przepaści, a turyści podziwiają to karkołomne zadanie.

Oldmobil z przepaści
Oldmobil z przepaści

Do Żabljaka docieramy dość wcześnie i postanawiamy podejść jeszcze raz nad Crno Jezero, tym razem w pięknej pogodzie, z przepięknym widokiem na szczyt Mamad’u, ale za to w tłumie turystów, którzy wysypują się tu z autokarów i jak lawa zalewają brzeg jeziora. Dzieci z pasją wrzucają kilka kilogramów kamyków do jeziora, po czym ruszamy szlakiem w stronę Zmijne Jezero. Ścieżka wiedzie przez las, ale jest przyjemna i urokliwa. Tu docierają już nieliczni, można więc zaznać troszkę ciszy i spokoju (poza odgłosami naszych dzieci, które rozpoczynają zbieranie gliny na jej przerób na barwniki naturalne!!!). Nie osiągamy celu wyprawy, gdyż jest zbyt późno by iść dalej, zatem zawracamy w stronę jeziora. Udało się nam znaleźć kilka rydzów, z których powstała pyszna kolacja dla Mężusia 🙂

Rydze
Rydze

Dzień wypasiony. Napełniony po brzegi. Jutro ruszamy dalej, na południe!