Durmitor

Żablijak przywitał nas deszczową aurą, ale mimo to udało się nam wybrać na spacer nad Crno Jezero. Tafla wody niestety nie odbijała widoku królującego nad nią pasma szczytów Durmitoru, ale i tak jej barwa mieniła się turkusem i szmaragdem.

Crno Jezero
Crno Jezero

Kiedy deszcz zdecydowanie uprzykrzał nam spacer, obraliśmy kierunek na restaurację nad samym jeziorem, do której zamierzaliśmy zawitać już od lat… Byłam tu 15 lat temu, w czasie trampingu z AWF-u i postanowiłam, że kiedyś tu wrócę! Marzenie spełniło się, choć nie do końca, gdyż restauracji w wydaniu sprzed lat nie ma od roku (kelner powiedział nam, że rok temu wszystko zostało przebudowane), a za cenę zamówionych wówczas palačinków z secierem (naleśników z cukrem), dziś kupilibyśmy chyba sam cukier 😉 Za to dzieci nieświadome dziwnej potrawy „Palačinki” od rana zgadywały co to może być i na co ich Rodzice zabierają.

Palačinki
Palačinki

Szkoda mi tylko, że miejsce tak bardzo się zmieniło, gdyż urok tamtej knajpki budził we mnie wiele ciepłych i dobrych wspomnień, obecna jest po prostu jedną z wielu.

Aura nie sprzyjała dalszym spacerom, więc zapakowaliśmy się w naszego LanDzika i ruszyliśmy w kierunku Monastyru Svetego Georga, który niestety był zamknięty.

Monastyr Dobrilovina
Monastyr Dobrilovina

Obeszliśmy go wokoło i wróciliśmy na imponujący most przerzucony nad rzeką Tarą. Helenka z Bartusiem mogli zobaczyć wielkie przęsła wspaniałej budowli, podczas gdy Marynia ucięła sobie drzemkę w aucie 🙂 Dzień udany, mimo usilnych starań deszczu.

Most na Djurdjevica Tari
Most na Djurdjevica Tari
Kanion Tary
Kanion Tary

Witaj Serbio

Do Belgradu, stolicy Serbii wyruszyliśmy skoro świt z naszej chaty. Słowacja okazała się całkiem ładna za dnia, ale droga wlokła się nam jak zawsze! Węgry z ich płaskimi przestrzeniami też się dłużyły, ale nie tak bardzo. Serbia przywitała nas totalnym pustkowiem, polami pełnymi przejrzałych, gotowych do zbioru słoneczników oraz pasami pól kukurydzy. W Belgradzie wpadliśmy w popołudniowe korki i troszkę straciliśmy na to czasu. Zachwycił nas widok miasta jaki ujrzeliśmy z mostu nad Dunajem, ściana domów, dachów, budynków, która niemal wpadała do rzeki. Po lewej stronie imponująca Forteca z 279 r.p.n.e. przykuła nasz wzrok. Tu przyjdziemy o zachodzie słońca!

Zakwaterowaliśmy się 10 min. drogi spacerkiem od fortecy i ruszyliśmy, aby przejść po jej murach. Widok na Sawę wpadającą do Dunaju o zachodzie słońca był naprawdę urokliwy!

Forteca Belgrad i rzeka Sawa
Forteca Belgrad i rzeka Sawa
Forteca Belgrad
Forteca Belgrad

Jednak miasta to nie nasz konik, wolimy miejsca bardziej dzikie i spokojne, jutro wyruszamy do Czarnogóry, kierunek Durmitor!

Sarajewo i Verlo Bosne

Pożegnanie z BiH rozpoczęliśmy od wycieczki do Sarajewa. Plan był całkowicie minimalny, bo Marysia była dość marudna i cieżko byłoby z nią cokolwiek zwiedzać, dlatego naszym celem stał się targ w starym mieście. Przemaszerowaliśmy przez maleńkie uliczki wijące się wokół kramów z pamiątkami i oryginalnymi rzeczami z Bośni, podziwialiśmy kunszt wykuwanych w miedzianych tygielkach fantazyjnych wzorów, zaglądaliśmy do sklepów jubilerskich… Ogólnie targ wzbudzał mniejszy zachwyt niż ten w Mostarze. Usiedliśmy w jednej z kawiarenek, aby skosztować balkavy, dzieci za to dostały lody i ze zdwojoną chęcią szły za nami dalej. Zajrzeliśmy też do Katedry Serca Jezusowego, ale tylko przez kruchtę, bo akurat była Msza Święta.

Katedra Serca Jezusowego

Podeszliśmy na kamienny Most Łaciński i zawróciliśmy zmęczeni zgiełkiem miasta do samochodu.

Most Łaciński

Zaledwie dotknęliśmy stolicy BiH, więc wiele nie można o niej napisać. To co się rzuca w oczy to ogromna przepaść między częścią „turystyczną”, czyli targiem i kilkoma zabudowaniami wokół, a tym co poza. Z każdej strony wdziera się tu bieda, odrapane kamienice, podziurawione kulami ściany domów, szarość i smutek. A obok zupełnie nowoczesne szklane domy, wysokie biurowce, markowe sklepy. Mieszanka, można by rzec – wybuchowa.

Postanawiamy troszkę odpocząć i ruszamy zobaczyć jedno z największych wywierzysk w Bośni. Vrelo Bosne, to tutaj bierze swój naziemny początek rzeka Bosna.

Wywierzysko

Bijąca ze skał woda staje się szybko dużą rzeką i pięknymi meandrami okala park, który tu został założony. Miejsce naprawdę ciche i urokliwe, nie ma tu spektakularnych widoków, ale ten spokój pozwala odpocząć i tego nam chyba najbardziej potrzeba. Dzieci znajdują w mgnieniu oka plac zabaw i korzystają z niego na całego. Jemy obiadek i wracamy na kwaterkę.

Vrelo Bosne

Pakujemy rzeczy. Marysia zasypia dziś wcześnie, zatem czeka nas chyba krótka noc 🙂 Nasza gospodyni przynosi nam jeszcze na kolację pitę z kajmakiem 🙂 Jemy. Pyszna! A jutro:

Do kraju tego, gdzie kruszynę chleba
Podnoszą z ziemi przez uszanowanie
Dla darów Nieba…
Tęskno mi, Panie…

Do kraju tego, gdzie winą jest dużą
Popsować gniazdo na gruszy bocianie,
Bo wszystkim służą…
Tęskno mi, Panie…

Do kraju tego, gdzie pierwsze ukłony
Są – jak odwieczne Chrystusa wyznanie:
„Bądź pochwalony!”
Tęskno mi, Panie…

Tęskno mi jeszcze i do rzeczy innej,
Której już nie wiem, gdzie leży mieszkanie,
Równie niewinnej…
Tęskno mi, Panie…

Do bez-tęsknoty i do bez-myślenia,
Do tych, co mają tak za tak – nie za nie –
Bez światło-cienia…
Tęskno mi, Panie…

Tęskno mi owdzie, gdzie któż o mnie stoi?
I tak być musi, choć się tak nie stanie
Przyjaźni mojej!…
Tęskno mi, Panie…

Cyprian Kamil Norwid

Prokoško Jezero

Rano jeszcze nie do końca jesteśmy przekonani, gdzie jechać. Wahamy się między Sarajewem, a jeziorem Prokoško. Spontanicznie decyzja pada na jezioro. Jedziemy około godzinę do Fojnicy, skąd prowadzi już stroma, kręta droga w kierunku jeziora. Póki co jest asfalt, ale wąski, na jedno auto. Przy drodze zauważamy ciekawe „budowle”, najpierw przywołują skojarzenia z bunkrem, bo są kopulaste, mają może 3 metry wysokości, wnętrze mają zrobione z cegieł, z zewnątrz pokryte gliną, u podstawy znajduje się palenisko, na wierzchu, wieko. Myślę – retorty!

Retorty

I rzeczywiście, kilka z nich działa – dym rozchodzi się dnem doliny i nadaje krajobrazowi lekko przymglony wygląd. Przy glinianych retortach piętrzą się kawałki bukowego drewna, które czeka, aby stać się węglem drzewnym. Kiedy droga staje się szutrowa, retorty znikają, zamiast nich mijamy się z autami ciężarowymi, które transportują drewno. Momentami mocno buja naszym Landkiem, dzieci się cieszą i szukają błotka i kałuż, żeby tylko Tatuś w nie wjechał 🙂 Krętą, szutrową drogą jedziemy około godziny wzbijając w powietrze tumany kurzu, aż wreszcie wyjeżdżamy z lasu na otwartą przestrzeń. Teraz otaczają nas góry, porośnięte spaloną trawą, borowinami, brusznicami i rozmaitymi ziołami. Gorczańsko tu, choć dużo wyżej.

Jezioro Prokoško

Zauważamy już osadę pasterską nad Jeziorem Prokoško, założoną na wysokości 1670 m.n.p.m., otoczoną wspaniałymi szczytami, z których gdzieniegdzie prześwitują skały. Płacimy za wjazd samochodu 10 KM i 4 KM za mnie i Maćka, dzieci bez opłat. Przejeżdżamy bramę i jesteśmy na terenie osady. Domki jednakowe, ale drewniane, kryte gontem (nieraz nawet ściany są z gontu), malutkie i schludne. Bardzo urokliwe miejsce, mające całkowicie inny charakter niż Lukomir.

Jezioro Prokoško

Tu czuć życie, tu wszystko ze sobą współgra; jezioro, góry, domy, zagrody i ludzie. Parkujemy samochód nieopodal jeziora, przy jednym z domków. Miły pan pyta nas, czy chcemy coś zjeść. Odpowiadam, że później, ale po chwili rozmowy po polsku, bośniacku i na migi, ustalamy że oni nam mogą przyrządzić pitę (rodzaj cienkiego ciasta, które może mieć różne nadzienia), ale potrzeba na to godzinę czasu. Zatem wyrażamy chęć zjedzenia i umawiamy się za godzinę 🙂 Zamawiam pitę z ziemniakami, czyli krompirušę. Obchodzimy jezioro wokół, przyglądamy się tym prześlicznym domeczkom i wpatrujemy się w toń wody oraz odbitym w jej tafli górom. Naprawdę tu ślicznie! Po godzinie wracamy do gospodarza od pity 🙂 Siadamy przy stole i popijamy pyszną, miętową herbatkę (z liści zbieranych przez nich samych). Pan przynosi jeszcze z ogródka pomidorka, ogórek i wykopuje cebulkę, z których będzie nasza sałatka 🙂 Po chwili na stole ląduje ziemniaczana pita.

Pita z ziemniakami

Palce lizać. Wspaniałe. Zjadamy do ostatniej okruszki, kupujemy jeszcze miód oraz miętową herbatkę i ruszamy w dół. Droga powrotna nuży nas już zupełnie do tego stopnia, że cała trójka dzieci zasypia kamiennym snem, ja też przysnęłam, dobrze że Maciek pilnował drogi 🙂 Po przybyciu do domku, gospodyni daje nam maliny, smażoną paprykę i pitę z cukinią, czy kabaczkiem i serem. Pyszne! Mamy niesamowitą okazję posmakować domowych przysmaków!

Bjelašnica i Lukomir

Dziś wyruszyliśmy, aby zdobyć naszym Landkiem najwyższy szczyt pasma Bjelašnica, wierzchołek o tej samej nazwie, który znajduje się na wysokości 2067 m.n.p.m. Góra znana jest z infrastruktury narciarskiej, zimą robi się tu tłoczno, teraz świeci pustkami. Hotele i parterowe domki zupełnie wyludnione sprawiają wrażenie, jakby ludzie wymarli w tym miejscu. Zjeżdżamy z asfaltu i szutrową drogą pniemy się coraz wyżej. Najpierw towarzyszy nam chłód lasu i migające między pożółkłymi liśćmi promienie porannego słońca, później krajobraz zaczyna przypominać nasze połoniny, tyle że więcej tu białych kamieni, które pokrywają niską, spaloną słońcem trawę. Droga o luźnej nawierzchni zsypujących się kamieni, kurzy za nami białym pyłem, ale nie jest bardzo wymagająca 🙂

Pojawia się drogowskaz w stronę szczytu i skręcamy za jego kierunkiem. Tu droga ma ciut więcej wybojów, większych głazów i uskoków, ale Landek nie ma z nimi żadnego problemu, bo kierowca dobry 🙂 Po kilkunastu minutach jazdy ukazuje się nam szczyt z ruinami poprzedniej stacji narciarskiej, ze stacją działającą oraz z działającą stacją meteorologiczną.

Bjelašnica

Budzimy małe zainteresowanie, bo panowie z dachu stacji meteorologicznej przyglądają się nam, mówimy dobry dan i w odpowiedzi słyszymy to samo. Spoglądamy na te same hotele i domki, które mijaliśmy jadąc na szczyt, tym razem są wielkości klocków lego 🙂 Przechodzimy na drugą stronę Bjelašnicy i stamtąd możemy podziwiać tylko szczyty kolejnych pasm, które tutaj przenikają się ze sobą tworząc fantazyjny krajobraz. W dole biała wstążka drogi wije się pomiędzy zielonymi pagórkami, na których gdzieniegdzie przysiadła osierocona kosówka. Pięknie tu.

Robimy wspólną fotografię naszym kochanym kliszowcem i w drogę! Zjeżdżamy. Prawie u podnóża szczytu dostrzegamy cztery inne terenówy, które jadą w naszym kierunku. Przystają. Robią zdjęcia. Mijamy ich, blachy niemieckie, przyjechali trochę pojeździć tymi bezdrożami. A my jedziemy dalej, w stronę najwyżej położonej wsi w Bośni, do Lukomira.

Droga do Lukomira

Droga staje się już uciążliwa przez swą monotonność. Prawie nie ma tu żadnych trudnych fragmentów, lokalni przyjeżdżają do wioski z reguły starymi golfami – wprost uwielbiają te auta! My także wreszcie mijamy pierwsze zabudowania. Kamienne, małe domki, kamienne płotki, kamienne stajnie, biel kamienia jak biel kości na wyjałowionej ziemi. Takie  mam skojarzenia z tym miejscem, takiej Tischnerowskiej „pustaci”. Dojeżdżamy do centrum wsi. W przewodnikach okrzyknięta miejscem, gdzie można zaopatrzyć się w lokalne produkty i gdzie mieszkańcy nadal chodzą w strojach wykonanych własnoręcznie, okazuje się miejscem oschłym i skostniałym. Poza dwoma kobitkami, które sprzedają wełniane skarpety, nie ma tu nic na czym by oko konsumenta zawiesić. Wprawdzie jesteśmy już po sezonie, ale… Parkujemy autko obok płotu mizaru (cmentarz islamski) i ruszamy piechotą na punt widokowy, skąd rozpościera się imponujący widok w dół kanionu, który uformowała rzeka Rakitnica.

Kanion Rakitnicy

Przepaść robi duże wrażenie, ale gdy odwrócić się w stronę zabudowań Lukomira, czar pryska.

Lukomir

Nie powiem, że jest to miejsce nie warte zobaczenia, jednak nie zapisało się ono w naszych umysłach, jako coś niezwykłego. Wracamy do autka klucząc pomiędzy domkami i stodołami, wśród ogólnego zapaszku owczych kup. Swojsko.

Wracamy przez miejscowość Umoljani. Prawdę mówiąc dolinka, którą jedziemy bardzo przypomina Gorcowe. Na jej końcu znajduje się mała restauracja, z drewna – jakaż miła odmiana po tych kamiennych chatach. Pytamy, czy można coś zjeść, gdyż żywej duszy poza nami tu nie ma. Uśmiechnięta kobiecina szwargocze do nas po bośniacku, a my nic nie rozumiemy. Ale dowiadujemy się, że zjeść można. Na co ja pytam, czy teleci (cielęcina), a ona zrozumiała coś innego i mówi – jak się później okazało – uštipci. Myślę sobie, że wszystko jedno, niech da co ma. Ona uśmiechnięta pyta, czy kajmak (ser), ja jej na to, że tak – dwa z kajmakiem, ale dzieci nie kajmak. Na co ona, że dżem. No to gra! Dwa z kajmakiem i dwa z dżemem. Tym sposobem wymyśliłam, że pewnie chodziło o naleśniki. Domawiam jeszcze dwie kafy (kawa po bośniacku) i trzy czaj (herbata, najczęściej ziołowa). Po chwili kawa jest i herbata też. Dzieci znajdują koty, które zaraz zaczynają głaskać, pojawiają się także kury, hmmm tych już nie mamy ochoty dotykać. Pani przychodzi z drewnianymi talerzami, a na nich ku mojemu zaskoczeniu nie ma naleśników, a małe kwadratowe jakby pączki, czyli uštipci!

Uštipci

My dostajemy do nich kajmak (biały ser o konsystencji śmietany, osolony, łagodny w smaku), dzieci dżem malinowy. Zajadamy się tym posiłkiem i doceniamy jego prostotę. W pewnym momencie nawet jedna z kur planuje skosztować rarytasów i wykonuje karkołomny skok na nasz stół! Maciek broni naszego prowiantu i zadaje kurze cios spychający ją ze stołu, a następnie lekko popycha ją sandałem, żeby zapamiętała gdzie jej miejsce. Reszta kur nie planuje już wyskoków 🙂 Posileni, wracamy po ciężkim dniu na kwaterkę. Nasza gospodyni rano ofiarowała nam własnoręcznie zrobiony chleb (co jest dla nas rarytasem, w tutejszych „pekarach” można kupić z reguły tylko puchatą watę), a po naszym powrocie dostaliśmy grillowanego pstrąga i skrzydełka z kurczaka.

Z końca świata w okolice Sarajewa

Dziś z samego rana wyruszyliśmy pomęczyć troszkę naszego Landka. Nieopodal naszej kwatery znajdował się także wjazd na teren Zelengory, a my chcieliśmy dotrzeć tam do jeziora Donje Bare 1475 m. n.p.m. Tak jak wczoraj, podjechaliśmy pod szlaban, gdzie miły pan z obsługi PN Sutjeska pobrał od nas opłatę za wjazd samochodu w wysokości 5 KM. Po około 40 minutach jazdy, najpierw asfaltową drogą (z licznymi dziurami), potem szutrową, dotarliśmy na parking przy jeziorze. Żywej duszy ani na drodze, ani na parkingu nie spotkaliśmy. Drogowskaz pokazywał kierunek zejścia nad jezioro, gdzie się posłusznie udaliśmy wybetonowanymi schodami z czasów głębokiej komuny. Po kilkunastu metrach z pomiędzy drzew zaczęło migotać słońce odbijające się w tafli Donje Bare. Jeszcze kilka stopni i po prawej stronie wyłania się coś w rodzaju schroniska (oczywiście nie czynne, zamknięte na cztery spusty), a po lewej stronie można wejść na „tarasik widokowy” (pełen śmieci), z którego podziwiać już można jezioro i otaczające go wzgórza porośnięte lekko rudziejącymi już drzewami. Woda przejrzysta, jednak tutaj jej barwa jest bardziej brunatno – zielona, gdyż dużo w niej wodorostów i mułu, to nie widok turkusowych jezior zamkniętych w wapiennych szczękach szczytów… Troszkę jesteśmy rozczarowani tym miejscem, po wczorajszych zapierających dech w piersiach widokach choćby z samego Prijevora. Za radą Polaków, których wczoraj spotkaliśmy, jedziemy polną drogą tuż za szałasem (widać go z parkingu po lewej stronie), chwilowo przez mały lasek, następnie przez trawiaste wzgórza, do punktu widokowego, z którego jeszcze pieszo (30min.) można dojść na wyżej położony punkt z ładną panoramą. Landek ma okazję troszkę się rozruszać, a i Dzikowi micha się cieszy, że sobie wreszcie troszkę po – offroad’uje 😉

Punkt widokowy niedaleko Donje Bare

Chwilkę zatrzymujemy się w tym miejscu, dzieci rzecz jasna, głodne – jedzą… Marysia zrywa kwiatki i wręcza mi kilka żółtych mleczy. W trawach mrugają fioletowo – chabrowymi oczkami, bratki, dzikie goździki i nie znane mi inne piękne kwiaty. Wąchamy zapach łąk, które troszkę przypominają nasze bieszczadzkie połoniny.

Wracając Dziku podjeżdża jeszcze za drogowskazem w kierunku Gornje Bare, ale poza czymś w rodzaju ronda dla terenówek, nie ma nic. Chyba, że należało podejść gdzieś jeszcze wyżej, ale tego z lenistwa, nie uczyniliśmy. Wracamy po nasze rzeczy, pakujemy autko i ruszamy w stronę cywilizacji.

Tjentiste, czyli nasze ochrzczone Wodziłki, to doprawdy koniec świata, ledwo wyjeżdżamy za przekreśloną tabliczkę tej miejscowości, a mijamy trzy działające restauracje i nawet jakiś mini market! Krajobraz troszkę się rozwesela, przybywa domków, biednych – fakt, ale nie tak zaniedbanych, jak te wokół naszej kwatery. Droga najpierw zakrętami opada w dół, by otrzeć się o przełom rzeki Tary, a następnie jedziemy kanionem rzeki Bistricy.

Pionowe, pomarańczowo – białe ostre skały, wyrastają strzeliście po obu stronach drogi. Jedziemy zamknięci tymi wspaniałymi ścianami, jakby w labiryncie, którego wyjście znajduje się, hen daleko przed nami. Droga naprawdę urokliwa, jedyny minus, to praktycznie brak możliwości wyprzedzania, co w wypadku jazdy za jakimś ciężarowym samochodem, który mknie całe 30 km/h, może okazać się deprymujące. Po widokach stworzonych przez ręce natury, wjeżdżamy w widoki „hand made”, nie koniecznie godne podziwu. Obrzeża Sarajewa raczej przywołują kiepskie skojarzenia, trochę tu śladów wojny, trochę brudu, ale przede wszystkim to teren usiany dużymi halami, siedzibami firm, itp. Mijamy lotnisko. Nasza „Biedronka” na Balicach większa! Ha! Nie jest źle 🙂 Po drodze jeszcze zatrzymujemy się na „jedzone”, niezłe ceny i niezłe jedzenie, ale do nadmorskich smaków i pyszności w Bago nie da się porównać. Dobijamy do portu, którym jest tym razem miejscowość Pazarić. Właściciel kwatery okazuje się bardzo pomocny i miły. Wypakowujemy autko i zostajemy poczęstowani bośniacką kafą (kawą), dzieci sokiem malinowym ich produkcji, na stole lądują też winogrona i brzoskwinie z ich drzewek. Chwilę rozmawiamy mixem polsko – angielsko – bośniackim i dowiadujemy się, że rodzice właściciela kwaterki byli w okolicy Krakowa w 1985 roku i handlowali u nas ubraniami itp. Rozmawiamy o chlebie, który kupiony w ich sklepach jest paskudny. Taki miękki puszek, 100% sztuczny… Za to w restauracjach mają zwykle swój, pieczony na miejscu i ten jest smaczny. Okazuje się, że mama właściciela też piecze sama, więc mamy wspólny temacik 🙂 Dostajemy od pani trochę owoców, kawałek jej pieczonego chleba i jajka od jej kur 🙂 Jak tu swojsko i przyjaźnie. Z ojcem właściciela mamy jeszcze jeden temat – auta terenowe. Z tyłu podwórka stoi Fiat AR59 Campagnola z 1967 roku, którym wjeżdżał on na Bjelaśnicę i do Lukomiru.

Fiat AR59 Campagnola

Teraz czas na plan na jutrzejszy dzień. Wyjedziemy na Bjelaśnicę? Dziku mówi, że tak 🙂 To do jutra!

Historia tysiąca i jednej figi

Opowieść o figach zaczęła się już z chwilą wjechania do Bośni. W przydrożnych straganach kupiłam 3 kilo fig, które później jedliśmy z wielkim apetytem, będąc w HR. Bośniackie figi są tak spalone słońcem, że pozostaje w nich chyba tylko cukier i pestki, a ochota zrobienia z nich konfitur może prześladować każdego dnia. Ten dzień wreszcie nadszedł. W sobotę, po dość lekkim w zwiedzanie dniu, jadąc z Twierdzy Stjepana Herzoga namawiam Maćka, abyśmy pojechali drogą w kierunku Pocitelij, bo gdzieś tam ostatnio kupiliśmy figi do jedzenia na bierząco. Marynia śpi, więc jazda jest dobrym rozwiązaniem. Po 15 km dojeżdżamy do znajomego nam straganu. Kupuję 10 kg fig i dwa granaty 🙂 W aucie mamy już 3 kg fig kupionych w innym miejscu 🙂 Z zapasem wracamy na kwaterę, gdzie zabieram się za przetwórstwo. Część fig zostawiam do zjedzenia na surowo, część przeznaczam na zrobienie „Food by Dżoana”, czyli batonów i około 7 kg ląduje w garnkach, aby stać się konfiturą.

Figi

Batony wymyślam na poczekaniu, bo jak mogą nie wyjść, skoro w figach sama słodycz? Blenduję surowe figi, mieszam z 500g płatków owsianych i wkładam do piekarnika na 180 stopni na godzinę. Wychodzi takie oto pyszne i pożywne cudo, które ratuje nam życie w drodze nad Trnovackie Jezero.

Blendowanie fig
Zmiksowane figi z płatkami owsianymi
Baton „Food by Dżoana”

Figi w garnkach pyrkają się ponad 4 godziny. Są tak słodkie, że waham się z dodaniem cukru. Łamię się i wsypuję po kilka łyżek. Wciskam sok z 2 cytryn i wkładam wrzące do słoików 0.7l, które przed chwilą Maciek z dziećmi poszedł kupić w pobliskim markecie 🙂

Pyrkające się figi

Słoiki z figami ponoć warto zapasteryzować, co niniejszym czynię 🙂 Trochę spartańskie warunki, ale dało się.

Pasteryzacja

A oto wynik naszej wspólnej pracy. Sama słodycz, zamknięta w słoikach. Mniam.

Figi

Z Međugorje do Tjentište

Kolejna niedziela rozpoczęta Mszą Święta okazała się wspaniałym dniem. Nie mogło być przecież inaczej, jak już Pan Bóg czegoś dotknie do głębi, to tylko cuda z tego wychodzą. A na mszę pojechaliśmy już spakowani do Međugorje. Tam w Sali Jana Pawła II mogliśmy uczestniczyć w Eucharystii sprawowanej w naszym języku. Jakie to wyjątkowe uczucie jak się jest już dwa tygodnie poza własnym krajem. Posileni duchowo ruszamy na wschód, gdzie jak nas poinformowali właściciele apartamentu, komunizm, komunizm. Mijamy jeszcze kilka większych miejscowości, później droga to pnie się w górę, to znów prowadzi w dół, zaczyna zmieniać się roślinność – z tej krępej i wysuszonej słońcem, na wyższe drzewa, pokryte już lekko jesiennymi barwami, ale jeszcze trzymające się kurczowo lata, gdzieniegdzie widnieje jeszcze kępa niebieskiej lawendy, albo innych polnych kwiatów. Zdecydowanie inny klimat niż do tej pory nam towarzyszył.

Także powietrze, które wpada nam przez wszystkie otwarte szyby do samochodu, jest dużo bardziej rześkie. Dłuższy czas jedziemy doliną jakiejś rzeki, jednak jej koryto jest całkowicie suche, nie ma nawet śladu wody, za to mostki są, czyli woda musi pojawiać się tu okresowo. Raz po raz przy drodze spacerują krowy, czasem nawet musimy mocniej hamować, bo to one tu rządzą. Poza tym więcej minęliśmy tu krów spacerujących przy jezdni, niż aut z naprzeciwka! Zaczyna się tu czuć odludzie.

Miejscowości także wyglądają bardzo biednie, kilka domów, zagrody, pola, pasące się krowy i pustka. Natura, w którą człowiek jeszcze nie zdążył włożyć zbyt wiele swojego działania. Od czasu do czasu nagrywam filmiki z drogi i myślę sobie, czy można… Dojeżdżamy do miejscowości Gacko, gdzie zauważam znak: zakaz fotografowania. Po lewej stronie mijamy ogromne hałdy odpadów z kopalni odkrywkowej (tak podejrzewamy, że to kopalnia węgla brunatnego, ale informacji na ten temat nie znaleźliśmy), tuż za nimi wielki kominy i hale elektrowni termicznej. Krajobraz ten robi dość przykre wrażenie, ale zaraz po wyjeździe z miasta wita nas ściana lasu z jednej i drugiej strony drogi. Znów mijamy wspaniałe pagórki porośnięte krzewami, czasem zamiast krzewów pojawiają się tylko duże białe głazy, które jakby rozsiane były na wielkiej przestrzeni łąk. Przejeżdżamy przez 2 km tunel, a u jego wylotu znów inne widoki. Góry coraz wyższe, to już szczyty Parku Narodowego Sutjeska, gdzie króluje najwyższy szczyt Bośni – Maglic (2386 m.n.p.m.). Jedziemy krętą drogą i podziwiamy lekko zaróżowione popołudniowym słońcem nagie skały wyższych szczytów pasma Gór Dynarskich. Wjeżdżamy do miejscowości Tjentište. Kilka domów, hotel jak za czasów PRL i zabudowania wokół mocno nadgryzione zębem czasu i wpływów politycznych, ale oddychamy tu jakoś swobodnie i swojsko, jak u siebie 😉 Kilka znaków informujących o trasach turystycznych, jeden sklep, dwie restauracje, pusto, cicho, czas się tu zatrzymał, a my dzięki temu przenieśliśmy się o jakieś 25 lat wstecz. Jemy obiadek i ruszamy do informacji turystycznej (mieszczącej się w hotelu), aby upewnić się gdzie możemy dojechać naszym autkiem, zapłacić za wstęp do parku (10 KN za dwie osoby bez limitu czasu!!!) i zakupić mapę terenu. Zaopatrzeni w potrzebne informacje ruszamy na poszukiwanie naszej kwatery. Zajeżdżamy pod jedyny sklep i bar, tutaj informują nas, że za 10 min. przyjedzie właściciel. Jak tu wszyscy, wszystko wiedzą 🙂 Pani ze sklepu rozpływa się na widok naszej małej trójki i gdyby mogła, pozwoliłaby im na wszystko 🙂 Gdy dzieci zobaczyły trzy małe maczki (kocięta), ona wchodzi do sklepiku i zaopatrzona w kawałek mortadeli, kroi go na kawałki i rzuca kociętom, aby dzieci mogły je pogłaskać! Następnie pozwala, aby dzieci mogły bawić się puszkami i butelkami z napojami umieszczonymi w wielkiej zamrażarce wypełnionej wodą, bo tak fajnie można je topić, a one wypływają!

Cud techiniki w Tjentište

Cud myśli technicznej i pomysłowość na wykorzystanie tego co daje natura: rura ze źródlaną wodą, która wpływa do zamrażarki pełnej puszek z napojami, tam ochładza je i przepływa do kolejnej, mniejszej, gdzie znajdują się butelki z napojami, stamtąd woda cieknie do wiadra na mop i do ziemi, obieg na maxa wykorzystany! A jaka ekologia! Bez freonu! Dzieci bawią się prześwietnie.

Cud techiniki w Tjentište

Po chwili przyjeżdża właściciel apartamentu. Prowadzi nas nieopodal budynku, który nijak, nie pasuje nam do zdjęć wnętrza, jakie było na internecie. Od razu tłumaczy, że budynek jest stary i brzydki, ale mieszkanie w środku jest nowe i wyremontowane, rzeczywiście tak jest. Ale zderzenie tego co na zewnątrz, a tego co w środku, niesamowite. Z okna rozpościera się widok na górskie szczyty i bliską okolicę; stodoły, kurnik zbudowany z resztek rdzewiejącej blachy i spróchniałych desek, mały, zapuszczony ogródek i ogólną straszną biedę. Mogłabym się założyć, że nikt w tym budynku nie mieszka, a teraz wieczorem słyszymy, że nad nami toczy się tu normalne, biedne życie. Poranek przyniesie pewnie nowe doznania, ale na teraz pozostaje refleksja tego, że poszukujemy wprawdzie dzikości i ciszy, natury i spokoju, ale czasem gdy ją znajdujemy, wionie ona też zimnem biedy i zaniedbania, szarości i niedbałości. Bądź co bądź, miejsce niesamowite, można dotknąć tu „Wodziłek” i doświadczyć „przeniesienia”.

Tjentište – budynek w którym był apartament
Tjentište – widok z okna

Wodospad Koćuša, Muzeum Franciszkańskie Humac i Twierdza Stjepana Herzoga

Dzisiaj chcieliśmy zwiedzić kilka miejsc, które zostały nam na liście do zobaczenia wokół miejscowości Ljubuški. Na pierwszy „rzut” wybraliśmy wodospad Koćuša.

Wodospad Koćuša

Troszkę ostrożnie i niepewnie podeszliśmy do tego miejsca, po kiepskich wspomnieniach po Wodospadzie Kravica. I cóż nas powitało; dwa samochody osobowe na miejscu, przepiękna kamienna zabudowa wokół wodospadu, zadbane i ze smakiem urządzone restauracje (choć o godzinie 11:00 jeszcze zamknięte) oraz ujmujący widok wodospadu Koćuša. Przeszliśmy przez drewniany mostek ponad kanałem, w którym pływały dość duże ryby i już znaleźliśmy się prawie przed wodospadem. Poza nami, były tu jeszcze cztery inne osoby, poza tym szum bijącej wody o lustro rzeki Trebiżat, wspaniałe kaskady, piękna roślinność i spokój. Bardzo pozytywnie odebraliśmy to miejsce, można było tu zaznać dotyku natury, wpatrywać się w białą pianę wodospadu, czuć delikatną mgiełkę wody, która siłą pędu wodospadu docierała na sam brzeg rzeki i napełniała orzeźwieniem w gorący dzień.

Dzieci zauważyły ławeczkę i stolik w głębi kaskad. Decyzja była spontaniczna – idziemy! Najpierw Maciek przeniósł Bartusia przez jedną z odnóg rzeki, która w tym miejscu była bardzo płytka i wąska, następnie zabrał się za transport Helusi, która w artystyczny sposób wyślizgnęła mu się i skąpała sobie cały tyłek w wodzie 🙂 Śmiechu było co nie miara. Przyszła kolej na Marynię. Z nią poszło najszybciej, bo Maciek zdjął i tak przemoczone sandały. Ja zdjęłam swoje sandałki i przeszłam pomiędzy kamieniami, aby poczuć rześkość wody. Śliczne to miejsce ławeczkowe było! Kilka ujęć kliszowcem, zachwytów, przyjemnych oddechów i ruszyliśmy z powrotem. Tym razem każdy, poza Marysią (ku jej rozpaczy) zdjął buty. Teraz szłam pierwsza, a za mną moje dwie kaczuszki – Helusia i Bartuś i tak przeszliśmy przez rzeczkę. Dzieciakom nóżki zmroziło 🙂 Maciek niósł Marysię, bo Bóg jeden wie, co by wymyśliła w tej wodzie. Jeszcze parę chwil spędziliśmy w tym wyjątkowo pięknym miejscu i ruszyliśmy dalej.

Wodospad Koćuša

Przystanek przy franciszkańskim muzeum Humac. Szybko znajdujemy wejście do wystawy muzealnej, która jest bardzo estetycznie urządzona. Kamienna piwniczka, delikatnie oświetlona kryje eksponaty jeszcze z czasów przed Chrystusem. Oglądamy tu liczący ponad 10 000 lat naszyjnik, przedmioty z brązu, igły, agrafki, fragmenty glinianych naczyń, naczynia kamienne, a także broń; miecze, groty strzał, kule armatnie, ozdoby, pieniądze i wiele innych. Miejsce warte zobaczenia, jeśli jest się w okolicy.

Muzeum Humac

Przystanek przy Twierdzy Stjepana Herzoga. Dosłownie przystanek, gdyż mój kochany Mąż chcąc dostarczyć nam troszkę terenowych wrażeń, wwiózł nas prawie pod bramę wejściową! Zaparkował autko tak, aby nasza Marynia mogła mieć choć ciutkę cienia, bo kimnęła sobie rzecz jasna w aucie. Maciek został z nią zatem w aucie, a ja i reszta ruszyliśmy na podbój ruin twierdzy. Po kilku krokach zafascynowały nas fantazyjne błyski, które dochodziły z wielkich głazów – cóż to?! Rozłupane kamienie, kryły w swym wnętrzu liczne kryształy, które krusząc się, zsypywały się na ziemię i pobłyskiwały w promieniach słońca. Cuda! Dzieci łapczywie zaczęły zbierać kryształki i ja sama dotykałam je urzeczona, kilka zabraliśmy ze sobą na pamiątkę i aby dowiedzieć się, co to za minerały je tworzą. Ruszyliśmy dalej w stronę bramy wejściowej. Po jej przejściu, dotarliśmy do całkiem nieźle zachowanego pomieszczenia z pięknymi, drewnianymi wrotami, zdobnymi w okucia oraz z oknem. Niestety tuż za drzwiami znajdował się śmietnik, stworzony chyba przez odwiedzających to miejsce… Idąc dalej wydeptaną ścieżką zobaczyliśmy coś na kształt zbiornika na wodę, z niewielkim daszkiem z jednej jego strony,  we wnętrzu znajdowała się woda i… śmieci. Ścieżka wiodła dalej przy murach, z których rozciągał się wspaniały widok na całe miasto, były też fragmenty innych zabudowań, ale nie mam pojęcia, jakie miały funkcje. Podsumowując, twierdza warta obejrzenia, jeśli jest się w okolicy. Szkoda, że miejsca takie, jak to są zupełnie zaniedbane i nikt nie stara się ich zachować od dalszego niszczenia.

Twierdza Stjepana Herzoga

Po wycieczce na twierdzę ruszyliśmy w poszukiwaniu fig, ale to już całkiem inna historia 🙂

Međugorje i Blagaj

Dziś rano ruszamy do Međugorje. Chcemy być na miejscu dość wcześnie, aby uniknąć masy pielgrzymów. Udaje się nam wyruszyć na Górę Objawień przed 10:00, nie ma wielu osób na szlaku, ale nie jest tak spokojnie jak na Križevac. Zanosimy na szczyt nasze intencje, aby powierzyć je Matce Bożej. Pierwszy odcinek Marynia idzie sama, później ląduje u mnie w nosidle, Helcia i Bartuś kroczą dzielnie na szczyt. Tam w cieniu drzew odmawiamy różaniec i po chwili zadumy ruszamy na dół. Robimy małe zakupy w przydrożnych kramach i wybieramy się w stronę Blagaja. Droga jest całkiem przyjemna, cieszymy się, że mamy Landka 🙂 Myślę, że o Dodge’a byśmy się musieli lekko obawiać na niektórych szutrówkach.

Góra Objawień

Blagaj, kolejna atrakcja turystyczna na mapkach turystycznych. Rzeczywistość, jak to bywa – przereklamowana. Klasztor nie tak urokliwy, jak na zdjęciach w folderach, wnętrze mocno ubogie, pozbawione prawie wszystkich sprzętów. Ciekawostką są pomieszczenia służące za toalety oraz łaźnia do obmyć rytualnych, w której suficie góruje kopuła z otworami w kształcie gwiazdek wypełnionych kolorowym szkłem. Kiedy światło słońca prześlizguje się tymi otworami, tworzy to przyjemne wrażenie we wnętrzu łaźni. Po obejściu klasztoru zatrzymujemy się w jednej z restauracji, tuż nad brzegiem rzeki Buny, wypływającej z jaskini u stóp klasztoru. Ja i Maciek zamawiamy pstrągi, dzieci dostają kotlet cielęcy. I jak to zwykle bywa, mają dużą ochotę na ziemniaki, których jest niewiele 😉 Rybki pyszne, kotlet równie smakowity. Zamawiamy też z ciekawości kawę po bośniacku. Pan przynosi nam na miedzianym talerzyku, miedziany imbryczek wypełniony czarną jak smoła kawą, miesza ją, aż na wierzchu pojawi się jasno brązowa pianka, następnie pyta nas czy z cukrem, sięga po kostkę cukru do miedzianej, malutkiej cukierniczki, wrzuca do ceramicznego maleńkiego kubeczka, umieszczonego w miedzianej osłonce i zalewa kawą z imbryczka. Kawa tak mocna, że aby ją móc wypić wrzucamy po jeszcze jednej kostce cukru. Ciekawe doświadczenie, jednak wolimy naszą kawę po głogoczowsku.

Blagaj

Przechodzimy przez most na drugą stronę rzeki. Stamtąd rozpościera się piękny widok na klasztor i na jaskinię, z której wypływa rzeka Buna. Dzieci jojczą, aby popłynąć łódką do wnętrza jaskini. Zawieramy umowę – jeśli koszt łódki dla naszej całej rodziny nie będzie wyższy niż 10 KM to płyniemy. Na miejscu okazuje się, że musimy zapłacić 12 KM (24zł). Dzieci patrzą oczami, jak kot na Shreka. Zgadzam się. I muszę powiedzieć, że mimo krótkiego „rejsu”, warto było, choćby dla przyjemnego powietrza, które owiało nas we wnętrzu jaskini oraz dla przepięknego turkusowego koloru wody pod nami. Pan udzielił nam kilku informacji na temat jaskini, z tego co zrozumieliśmy, podobno ma ona 700m długości i około 14 m głębokości. Pokazał nam zdjęcia 2 komnat (jaskiń), które zostały odkryte w jej wnętrzu. Woda Buny, jest źródłem wody pitnej, ma stałą temp. 10 stopni i jest przejrzysta i bardzo smaczna, na pewno przynosi przyjemne orzeźwienie przy ponad 30 stopniowym skwarze. Marynia wisi prawie za burtą, aby zaczerpnąć rączką kropelki wody. Dzieci ucieszone. Wracamy do autka i podjeżdżamy jeszcze do Twierdzy Stjepana Hercoga. Marynia zasnęła już w drodze, więc do ruin wybiera się Maciek, Helcia i Bartuś. Ruiny imponujące, a i widok zapierający dech w piersiach.

Widok z twierdzy Stjepana