Dzikie wakacje 2019

Jak zwykle z lekkim opóźnieniem udało mi się poskładać krótki filmik podsumowujący nasz wyjazd. Oczywiście nie ma w nim wielu miejsc, w których byliśmy. W wielu klasztorach nie można było robić zdjęć i filmów. W wielu miejscach woleliśmy spędzić sobie spokojnie i leniwie czas, niż biegać z kamerą. Zapraszam do oglądania:

Dzikie wakacje 2018

Po powrocie do kraju musiało upłynąć dużo czasu zanim udało się nam zabrać za zmontowanie jednego filmu z całego wyjazdu. Niestety nie wszystkie miejsca, w których byliśmy, są nagrane. Mimo to chcemy się nim podzielić. Wakacje były cudowne i już nie możemy się doczekać kolejnej wyprawy.

Sarajewo i Verlo Bosne

Pożegnanie z BiH rozpoczęliśmy od wycieczki do Sarajewa. Plan był całkowicie minimalny, bo Marysia była dość marudna i cieżko byłoby z nią cokolwiek zwiedzać, dlatego naszym celem stał się targ w starym mieście. Przemaszerowaliśmy przez maleńkie uliczki wijące się wokół kramów z pamiątkami i oryginalnymi rzeczami z Bośni, podziwialiśmy kunszt wykuwanych w miedzianych tygielkach fantazyjnych wzorów, zaglądaliśmy do sklepów jubilerskich… Ogólnie targ wzbudzał mniejszy zachwyt niż ten w Mostarze. Usiedliśmy w jednej z kawiarenek, aby skosztować balkavy, dzieci za to dostały lody i ze zdwojoną chęcią szły za nami dalej. Zajrzeliśmy też do Katedry Serca Jezusowego, ale tylko przez kruchtę, bo akurat była Msza Święta.

Katedra Serca Jezusowego

Podeszliśmy na kamienny Most Łaciński i zawróciliśmy zmęczeni zgiełkiem miasta do samochodu.

Most Łaciński

Zaledwie dotknęliśmy stolicy BiH, więc wiele nie można o niej napisać. To co się rzuca w oczy to ogromna przepaść między częścią „turystyczną”, czyli targiem i kilkoma zabudowaniami wokół, a tym co poza. Z każdej strony wdziera się tu bieda, odrapane kamienice, podziurawione kulami ściany domów, szarość i smutek. A obok zupełnie nowoczesne szklane domy, wysokie biurowce, markowe sklepy. Mieszanka, można by rzec – wybuchowa.

Postanawiamy troszkę odpocząć i ruszamy zobaczyć jedno z największych wywierzysk w Bośni. Vrelo Bosne, to tutaj bierze swój naziemny początek rzeka Bosna.

Wywierzysko

Bijąca ze skał woda staje się szybko dużą rzeką i pięknymi meandrami okala park, który tu został założony. Miejsce naprawdę ciche i urokliwe, nie ma tu spektakularnych widoków, ale ten spokój pozwala odpocząć i tego nam chyba najbardziej potrzeba. Dzieci znajdują w mgnieniu oka plac zabaw i korzystają z niego na całego. Jemy obiadek i wracamy na kwaterkę.

Vrelo Bosne

Pakujemy rzeczy. Marysia zasypia dziś wcześnie, zatem czeka nas chyba krótka noc 🙂 Nasza gospodyni przynosi nam jeszcze na kolację pitę z kajmakiem 🙂 Jemy. Pyszna! A jutro:

Do kraju tego, gdzie kruszynę chleba
Podnoszą z ziemi przez uszanowanie
Dla darów Nieba…
Tęskno mi, Panie…

Do kraju tego, gdzie winą jest dużą
Popsować gniazdo na gruszy bocianie,
Bo wszystkim służą…
Tęskno mi, Panie…

Do kraju tego, gdzie pierwsze ukłony
Są – jak odwieczne Chrystusa wyznanie:
„Bądź pochwalony!”
Tęskno mi, Panie…

Tęskno mi jeszcze i do rzeczy innej,
Której już nie wiem, gdzie leży mieszkanie,
Równie niewinnej…
Tęskno mi, Panie…

Do bez-tęsknoty i do bez-myślenia,
Do tych, co mają tak za tak – nie za nie –
Bez światło-cienia…
Tęskno mi, Panie…

Tęskno mi owdzie, gdzie któż o mnie stoi?
I tak być musi, choć się tak nie stanie
Przyjaźni mojej!…
Tęskno mi, Panie…

Cyprian Kamil Norwid

Prokoško Jezero

Rano jeszcze nie do końca jesteśmy przekonani, gdzie jechać. Wahamy się między Sarajewem, a jeziorem Prokoško. Spontanicznie decyzja pada na jezioro. Jedziemy około godzinę do Fojnicy, skąd prowadzi już stroma, kręta droga w kierunku jeziora. Póki co jest asfalt, ale wąski, na jedno auto. Przy drodze zauważamy ciekawe „budowle”, najpierw przywołują skojarzenia z bunkrem, bo są kopulaste, mają może 3 metry wysokości, wnętrze mają zrobione z cegieł, z zewnątrz pokryte gliną, u podstawy znajduje się palenisko, na wierzchu, wieko. Myślę – retorty!

Retorty

I rzeczywiście, kilka z nich działa – dym rozchodzi się dnem doliny i nadaje krajobrazowi lekko przymglony wygląd. Przy glinianych retortach piętrzą się kawałki bukowego drewna, które czeka, aby stać się węglem drzewnym. Kiedy droga staje się szutrowa, retorty znikają, zamiast nich mijamy się z autami ciężarowymi, które transportują drewno. Momentami mocno buja naszym Landkiem, dzieci się cieszą i szukają błotka i kałuż, żeby tylko Tatuś w nie wjechał 🙂 Krętą, szutrową drogą jedziemy około godziny wzbijając w powietrze tumany kurzu, aż wreszcie wyjeżdżamy z lasu na otwartą przestrzeń. Teraz otaczają nas góry, porośnięte spaloną trawą, borowinami, brusznicami i rozmaitymi ziołami. Gorczańsko tu, choć dużo wyżej.

Jezioro Prokoško

Zauważamy już osadę pasterską nad Jeziorem Prokoško, założoną na wysokości 1670 m.n.p.m., otoczoną wspaniałymi szczytami, z których gdzieniegdzie prześwitują skały. Płacimy za wjazd samochodu 10 KM i 4 KM za mnie i Maćka, dzieci bez opłat. Przejeżdżamy bramę i jesteśmy na terenie osady. Domki jednakowe, ale drewniane, kryte gontem (nieraz nawet ściany są z gontu), malutkie i schludne. Bardzo urokliwe miejsce, mające całkowicie inny charakter niż Lukomir.

Jezioro Prokoško

Tu czuć życie, tu wszystko ze sobą współgra; jezioro, góry, domy, zagrody i ludzie. Parkujemy samochód nieopodal jeziora, przy jednym z domków. Miły pan pyta nas, czy chcemy coś zjeść. Odpowiadam, że później, ale po chwili rozmowy po polsku, bośniacku i na migi, ustalamy że oni nam mogą przyrządzić pitę (rodzaj cienkiego ciasta, które może mieć różne nadzienia), ale potrzeba na to godzinę czasu. Zatem wyrażamy chęć zjedzenia i umawiamy się za godzinę 🙂 Zamawiam pitę z ziemniakami, czyli krompirušę. Obchodzimy jezioro wokół, przyglądamy się tym prześlicznym domeczkom i wpatrujemy się w toń wody oraz odbitym w jej tafli górom. Naprawdę tu ślicznie! Po godzinie wracamy do gospodarza od pity 🙂 Siadamy przy stole i popijamy pyszną, miętową herbatkę (z liści zbieranych przez nich samych). Pan przynosi jeszcze z ogródka pomidorka, ogórek i wykopuje cebulkę, z których będzie nasza sałatka 🙂 Po chwili na stole ląduje ziemniaczana pita.

Pita z ziemniakami

Palce lizać. Wspaniałe. Zjadamy do ostatniej okruszki, kupujemy jeszcze miód oraz miętową herbatkę i ruszamy w dół. Droga powrotna nuży nas już zupełnie do tego stopnia, że cała trójka dzieci zasypia kamiennym snem, ja też przysnęłam, dobrze że Maciek pilnował drogi 🙂 Po przybyciu do domku, gospodyni daje nam maliny, smażoną paprykę i pitę z cukinią, czy kabaczkiem i serem. Pyszne! Mamy niesamowitą okazję posmakować domowych przysmaków!

Bjelašnica i Lukomir

Dziś wyruszyliśmy, aby zdobyć naszym Landkiem najwyższy szczyt pasma Bjelašnica, wierzchołek o tej samej nazwie, który znajduje się na wysokości 2067 m.n.p.m. Góra znana jest z infrastruktury narciarskiej, zimą robi się tu tłoczno, teraz świeci pustkami. Hotele i parterowe domki zupełnie wyludnione sprawiają wrażenie, jakby ludzie wymarli w tym miejscu. Zjeżdżamy z asfaltu i szutrową drogą pniemy się coraz wyżej. Najpierw towarzyszy nam chłód lasu i migające między pożółkłymi liśćmi promienie porannego słońca, później krajobraz zaczyna przypominać nasze połoniny, tyle że więcej tu białych kamieni, które pokrywają niską, spaloną słońcem trawę. Droga o luźnej nawierzchni zsypujących się kamieni, kurzy za nami białym pyłem, ale nie jest bardzo wymagająca 🙂

Pojawia się drogowskaz w stronę szczytu i skręcamy za jego kierunkiem. Tu droga ma ciut więcej wybojów, większych głazów i uskoków, ale Landek nie ma z nimi żadnego problemu, bo kierowca dobry 🙂 Po kilkunastu minutach jazdy ukazuje się nam szczyt z ruinami poprzedniej stacji narciarskiej, ze stacją działającą oraz z działającą stacją meteorologiczną.

Bjelašnica

Budzimy małe zainteresowanie, bo panowie z dachu stacji meteorologicznej przyglądają się nam, mówimy dobry dan i w odpowiedzi słyszymy to samo. Spoglądamy na te same hotele i domki, które mijaliśmy jadąc na szczyt, tym razem są wielkości klocków lego 🙂 Przechodzimy na drugą stronę Bjelašnicy i stamtąd możemy podziwiać tylko szczyty kolejnych pasm, które tutaj przenikają się ze sobą tworząc fantazyjny krajobraz. W dole biała wstążka drogi wije się pomiędzy zielonymi pagórkami, na których gdzieniegdzie przysiadła osierocona kosówka. Pięknie tu.

Robimy wspólną fotografię naszym kochanym kliszowcem i w drogę! Zjeżdżamy. Prawie u podnóża szczytu dostrzegamy cztery inne terenówy, które jadą w naszym kierunku. Przystają. Robią zdjęcia. Mijamy ich, blachy niemieckie, przyjechali trochę pojeździć tymi bezdrożami. A my jedziemy dalej, w stronę najwyżej położonej wsi w Bośni, do Lukomira.

Droga do Lukomira

Droga staje się już uciążliwa przez swą monotonność. Prawie nie ma tu żadnych trudnych fragmentów, lokalni przyjeżdżają do wioski z reguły starymi golfami – wprost uwielbiają te auta! My także wreszcie mijamy pierwsze zabudowania. Kamienne, małe domki, kamienne płotki, kamienne stajnie, biel kamienia jak biel kości na wyjałowionej ziemi. Takie  mam skojarzenia z tym miejscem, takiej Tischnerowskiej „pustaci”. Dojeżdżamy do centrum wsi. W przewodnikach okrzyknięta miejscem, gdzie można zaopatrzyć się w lokalne produkty i gdzie mieszkańcy nadal chodzą w strojach wykonanych własnoręcznie, okazuje się miejscem oschłym i skostniałym. Poza dwoma kobitkami, które sprzedają wełniane skarpety, nie ma tu nic na czym by oko konsumenta zawiesić. Wprawdzie jesteśmy już po sezonie, ale… Parkujemy autko obok płotu mizaru (cmentarz islamski) i ruszamy piechotą na punt widokowy, skąd rozpościera się imponujący widok w dół kanionu, który uformowała rzeka Rakitnica.

Kanion Rakitnicy

Przepaść robi duże wrażenie, ale gdy odwrócić się w stronę zabudowań Lukomira, czar pryska.

Lukomir

Nie powiem, że jest to miejsce nie warte zobaczenia, jednak nie zapisało się ono w naszych umysłach, jako coś niezwykłego. Wracamy do autka klucząc pomiędzy domkami i stodołami, wśród ogólnego zapaszku owczych kup. Swojsko.

Wracamy przez miejscowość Umoljani. Prawdę mówiąc dolinka, którą jedziemy bardzo przypomina Gorcowe. Na jej końcu znajduje się mała restauracja, z drewna – jakaż miła odmiana po tych kamiennych chatach. Pytamy, czy można coś zjeść, gdyż żywej duszy poza nami tu nie ma. Uśmiechnięta kobiecina szwargocze do nas po bośniacku, a my nic nie rozumiemy. Ale dowiadujemy się, że zjeść można. Na co ja pytam, czy teleci (cielęcina), a ona zrozumiała coś innego i mówi – jak się później okazało – uštipci. Myślę sobie, że wszystko jedno, niech da co ma. Ona uśmiechnięta pyta, czy kajmak (ser), ja jej na to, że tak – dwa z kajmakiem, ale dzieci nie kajmak. Na co ona, że dżem. No to gra! Dwa z kajmakiem i dwa z dżemem. Tym sposobem wymyśliłam, że pewnie chodziło o naleśniki. Domawiam jeszcze dwie kafy (kawa po bośniacku) i trzy czaj (herbata, najczęściej ziołowa). Po chwili kawa jest i herbata też. Dzieci znajdują koty, które zaraz zaczynają głaskać, pojawiają się także kury, hmmm tych już nie mamy ochoty dotykać. Pani przychodzi z drewnianymi talerzami, a na nich ku mojemu zaskoczeniu nie ma naleśników, a małe kwadratowe jakby pączki, czyli uštipci!

Uštipci

My dostajemy do nich kajmak (biały ser o konsystencji śmietany, osolony, łagodny w smaku), dzieci dżem malinowy. Zajadamy się tym posiłkiem i doceniamy jego prostotę. W pewnym momencie nawet jedna z kur planuje skosztować rarytasów i wykonuje karkołomny skok na nasz stół! Maciek broni naszego prowiantu i zadaje kurze cios spychający ją ze stołu, a następnie lekko popycha ją sandałem, żeby zapamiętała gdzie jej miejsce. Reszta kur nie planuje już wyskoków 🙂 Posileni, wracamy po ciężkim dniu na kwaterkę. Nasza gospodyni rano ofiarowała nam własnoręcznie zrobiony chleb (co jest dla nas rarytasem, w tutejszych „pekarach” można kupić z reguły tylko puchatą watę), a po naszym powrocie dostaliśmy grillowanego pstrąga i skrzydełka z kurczaka.

Lukomir i góra Bielaśnica.

Dzisiaj postanowiliśmy pojechać ma górę Bielaśnicę i do wsi Lukomir. Jedziemy cały czas znanymi nam już z innego wyjazdu szutrówkami, strasznie trzepie i kurzy, bo droga jest z piasku i kamieni. Na górze Bielaśnicy są tylko 2  stare budynki 1 to stara stacja wyciągu a 2 to obserwatorium meteorologiczne,  robimy sobie kilka zdjęć i wracamy.

Droga do Lukomira

Jedziemy, teraz do Lukomira, wieś ogólnie bez życia domy sprawiają wrażenie samotnych i opuszczonych, idziemy tylko na punkt widokowy i postanawiamy poszukać restauracji żeby coś zjeść, znajdujemy jakąś w Umoljani, dostajemy pieczone bułeczki z dżemem a Rodzice z kajmakiem.

Pychota!

Z końca świata w okolice Sarajewa

Dziś z samego rana wyruszyliśmy pomęczyć troszkę naszego Landka. Nieopodal naszej kwatery znajdował się także wjazd na teren Zelengory, a my chcieliśmy dotrzeć tam do jeziora Donje Bare 1475 m. n.p.m. Tak jak wczoraj, podjechaliśmy pod szlaban, gdzie miły pan z obsługi PN Sutjeska pobrał od nas opłatę za wjazd samochodu w wysokości 5 KM. Po około 40 minutach jazdy, najpierw asfaltową drogą (z licznymi dziurami), potem szutrową, dotarliśmy na parking przy jeziorze. Żywej duszy ani na drodze, ani na parkingu nie spotkaliśmy. Drogowskaz pokazywał kierunek zejścia nad jezioro, gdzie się posłusznie udaliśmy wybetonowanymi schodami z czasów głębokiej komuny. Po kilkunastu metrach z pomiędzy drzew zaczęło migotać słońce odbijające się w tafli Donje Bare. Jeszcze kilka stopni i po prawej stronie wyłania się coś w rodzaju schroniska (oczywiście nie czynne, zamknięte na cztery spusty), a po lewej stronie można wejść na „tarasik widokowy” (pełen śmieci), z którego podziwiać już można jezioro i otaczające go wzgórza porośnięte lekko rudziejącymi już drzewami. Woda przejrzysta, jednak tutaj jej barwa jest bardziej brunatno – zielona, gdyż dużo w niej wodorostów i mułu, to nie widok turkusowych jezior zamkniętych w wapiennych szczękach szczytów… Troszkę jesteśmy rozczarowani tym miejscem, po wczorajszych zapierających dech w piersiach widokach choćby z samego Prijevora. Za radą Polaków, których wczoraj spotkaliśmy, jedziemy polną drogą tuż za szałasem (widać go z parkingu po lewej stronie), chwilowo przez mały lasek, następnie przez trawiaste wzgórza, do punktu widokowego, z którego jeszcze pieszo (30min.) można dojść na wyżej położony punkt z ładną panoramą. Landek ma okazję troszkę się rozruszać, a i Dzikowi micha się cieszy, że sobie wreszcie troszkę po – offroad’uje 😉

Punkt widokowy niedaleko Donje Bare

Chwilkę zatrzymujemy się w tym miejscu, dzieci rzecz jasna, głodne – jedzą… Marysia zrywa kwiatki i wręcza mi kilka żółtych mleczy. W trawach mrugają fioletowo – chabrowymi oczkami, bratki, dzikie goździki i nie znane mi inne piękne kwiaty. Wąchamy zapach łąk, które troszkę przypominają nasze bieszczadzkie połoniny.

Wracając Dziku podjeżdża jeszcze za drogowskazem w kierunku Gornje Bare, ale poza czymś w rodzaju ronda dla terenówek, nie ma nic. Chyba, że należało podejść gdzieś jeszcze wyżej, ale tego z lenistwa, nie uczyniliśmy. Wracamy po nasze rzeczy, pakujemy autko i ruszamy w stronę cywilizacji.

Tjentiste, czyli nasze ochrzczone Wodziłki, to doprawdy koniec świata, ledwo wyjeżdżamy za przekreśloną tabliczkę tej miejscowości, a mijamy trzy działające restauracje i nawet jakiś mini market! Krajobraz troszkę się rozwesela, przybywa domków, biednych – fakt, ale nie tak zaniedbanych, jak te wokół naszej kwatery. Droga najpierw zakrętami opada w dół, by otrzeć się o przełom rzeki Tary, a następnie jedziemy kanionem rzeki Bistricy.

Pionowe, pomarańczowo – białe ostre skały, wyrastają strzeliście po obu stronach drogi. Jedziemy zamknięci tymi wspaniałymi ścianami, jakby w labiryncie, którego wyjście znajduje się, hen daleko przed nami. Droga naprawdę urokliwa, jedyny minus, to praktycznie brak możliwości wyprzedzania, co w wypadku jazdy za jakimś ciężarowym samochodem, który mknie całe 30 km/h, może okazać się deprymujące. Po widokach stworzonych przez ręce natury, wjeżdżamy w widoki „hand made”, nie koniecznie godne podziwu. Obrzeża Sarajewa raczej przywołują kiepskie skojarzenia, trochę tu śladów wojny, trochę brudu, ale przede wszystkim to teren usiany dużymi halami, siedzibami firm, itp. Mijamy lotnisko. Nasza „Biedronka” na Balicach większa! Ha! Nie jest źle 🙂 Po drodze jeszcze zatrzymujemy się na „jedzone”, niezłe ceny i niezłe jedzenie, ale do nadmorskich smaków i pyszności w Bago nie da się porównać. Dobijamy do portu, którym jest tym razem miejscowość Pazarić. Właściciel kwatery okazuje się bardzo pomocny i miły. Wypakowujemy autko i zostajemy poczęstowani bośniacką kafą (kawą), dzieci sokiem malinowym ich produkcji, na stole lądują też winogrona i brzoskwinie z ich drzewek. Chwilę rozmawiamy mixem polsko – angielsko – bośniackim i dowiadujemy się, że rodzice właściciela kwaterki byli w okolicy Krakowa w 1985 roku i handlowali u nas ubraniami itp. Rozmawiamy o chlebie, który kupiony w ich sklepach jest paskudny. Taki miękki puszek, 100% sztuczny… Za to w restauracjach mają zwykle swój, pieczony na miejscu i ten jest smaczny. Okazuje się, że mama właściciela też piecze sama, więc mamy wspólny temacik 🙂 Dostajemy od pani trochę owoców, kawałek jej pieczonego chleba i jajka od jej kur 🙂 Jak tu swojsko i przyjaźnie. Z ojcem właściciela mamy jeszcze jeden temat – auta terenowe. Z tyłu podwórka stoi Fiat AR59 Campagnola z 1967 roku, którym wjeżdżał on na Bjelaśnicę i do Lukomiru.

Fiat AR59 Campagnola

Teraz czas na plan na jutrzejszy dzień. Wyjedziemy na Bjelaśnicę? Dziku mówi, że tak 🙂 To do jutra!

Park Sutjeska – Prijevor i Jezioro Trnovačko

Po wczorajszej wizycie w punkcie informacyjnym wybraliśmy się dzisiaj wgłąb Parku Narodowego Sutjeska do miejsca o nazwie Prijevor, a następnie nad Jezioro Trnovačko leżące już w Czarnogórze.

Najpierw uiściliśmy opłatę za wjazd autem do parku wynoszącą całe 5KM (10 zł) i udaliśmy się asfaltowo – szutrową drogą w górę (miejscami oczywiście było więcej dziur w asfalcie niż asfaltu, po pewnym czasie został już sam szuter). Nasz pierwszy przystanek to Dragoš sedlo, z którego po krótkim marszu można zobaczyć prawie stumetrowy wodospad Skakavac.

Wodospad Skakavac

Wodospad znajduje się pośrodku rezerwatu Perućica, który jest lasem pierwotnym i przez który możemy przejechać. Widoki są przepiękne, las zapiera dech w piersiach.

Łącznie po 18 km drogi dojeżdżamy na Prijevor, skąd wychodzą szlaki na Maglic i w kierunku Jeziora Trnovačko. Na miejscu 3 samochody: nasz Landek i jeszcze dwa auta z Polski. Poza tym nikogo. Zostawiamy tu nasze auto i ruszamy w drogę, która ma 5 km w jedną stronę.

Prijevor

Najpierw szlak prowadzi trawersem przez ogromne kamieniska, a następnie schodzi w dół do polanki, aby ponownie wspiąć się na poprzednią wysokość przy samym jeziorze.

Jezioro Trnovačko

Jezioro Trnovačko ma turkusowy kolor i jest niezwykle pięknie położone. Znajduje się między wysokimi szczytami otaczających je gór. Przy brzegu pasą się owce i krowy oraz o dziwo jeden koń. My też udajemy się na popas i po zrobieniu kilku zdjęć i odpoczynku ruszamy w drogę powrotną.

Jezioro Trnovačko

Oznaczenia na szlakach w Bośni są dosyć mylące, bo czasówki są liczone bez żadnych odpoczynków i bardzo mocnym tempem, dlatego pod koniec drogi powrotnej dzieci są już mocno zmęczone. Bartuś i Helenka bardzo dzielnie przeszli całe 10 km, a Marysia chyba była najbardziej wypoczęta, bo pokonała prawie całą odległość w nosidle na plecach Asi. Zmęczeni ale szczęśliwi docieramy do naszego Landka.

Historia tysiąca i jednej figi

Opowieść o figach zaczęła się już z chwilą wjechania do Bośni. W przydrożnych straganach kupiłam 3 kilo fig, które później jedliśmy z wielkim apetytem, będąc w HR. Bośniackie figi są tak spalone słońcem, że pozostaje w nich chyba tylko cukier i pestki, a ochota zrobienia z nich konfitur może prześladować każdego dnia. Ten dzień wreszcie nadszedł. W sobotę, po dość lekkim w zwiedzanie dniu, jadąc z Twierdzy Stjepana Herzoga namawiam Maćka, abyśmy pojechali drogą w kierunku Pocitelij, bo gdzieś tam ostatnio kupiliśmy figi do jedzenia na bierząco. Marynia śpi, więc jazda jest dobrym rozwiązaniem. Po 15 km dojeżdżamy do znajomego nam straganu. Kupuję 10 kg fig i dwa granaty 🙂 W aucie mamy już 3 kg fig kupionych w innym miejscu 🙂 Z zapasem wracamy na kwaterę, gdzie zabieram się za przetwórstwo. Część fig zostawiam do zjedzenia na surowo, część przeznaczam na zrobienie „Food by Dżoana”, czyli batonów i około 7 kg ląduje w garnkach, aby stać się konfiturą.

Figi

Batony wymyślam na poczekaniu, bo jak mogą nie wyjść, skoro w figach sama słodycz? Blenduję surowe figi, mieszam z 500g płatków owsianych i wkładam do piekarnika na 180 stopni na godzinę. Wychodzi takie oto pyszne i pożywne cudo, które ratuje nam życie w drodze nad Trnovackie Jezero.

Blendowanie fig
Zmiksowane figi z płatkami owsianymi
Baton „Food by Dżoana”

Figi w garnkach pyrkają się ponad 4 godziny. Są tak słodkie, że waham się z dodaniem cukru. Łamię się i wsypuję po kilka łyżek. Wciskam sok z 2 cytryn i wkładam wrzące do słoików 0.7l, które przed chwilą Maciek z dziećmi poszedł kupić w pobliskim markecie 🙂

Pyrkające się figi

Słoiki z figami ponoć warto zapasteryzować, co niniejszym czynię 🙂 Trochę spartańskie warunki, ale dało się.

Pasteryzacja

A oto wynik naszej wspólnej pracy. Sama słodycz, zamknięta w słoikach. Mniam.

Figi