Ulcinj – prawie albańskie klimaty

Zapowiadał się deszczowy dzień, ale zza chmur wychodziło słońce, więc postanowiliśmy, że zwiedzimy wysunięte najbardziej na południe Czarnogóry miasto Ulcinij. Wbrew prognozom, z nieba nie spadła ani jedna kropelka deszczu, za to słoneczko obdarzyło nas swym ciepłem i wspaniale podkreśliło urok, i tak pięknego miasta. Zaparkowaliśmy LanDzika nieopodal murów starego miasta i stromą uliczką wspięliśmy się ku kamiennej bramie, która prowadziła w jego prześliczne uliczki. Szybko minęliśmy budynek z napisem „muzej”, gdyż nikt z nas nie miał ochoty na zwiedzanie sal z eksponatami.

Ulcinj
Ulcinj

Chcieliśmy powłóczyć się kamiennymi uliczkami, zachwycić się pięknymi domkami urokliwie przyodzianymi w kwitnące jeszcze kwiaty, usiąść na murze i popatrzyć na fale Adriatyku rozbijające się białą pianą o skały wystające z morza.

Ulcinj
Ulcinj

Stare miasto wyglądało bajecznie! O ile kiedyś zachwyciła mnie Budva, teraz mogę powiedzieć, że do Ulcinij chciałabym powrócić i znów przejść się wzdłuż jego murów. Maciek już mi zapowiada, że owszem, na motorze 😉

Ulcinj
Ulcinj

Może urok tej kamiennej perełki był tak duży, bo pozbawiony prawie turystów? Cichy, leniwy i spokojny. Prosty, bez przepychu, wyważony.

Ulcinj
Ulcinj

Po spacerze, zeszliśmy do nowej części miasta, zjedliśmy zupkę i poszliśmy na upragnione przez nasze dzieci lody 🙂 Przed wyjazdem udaliśmy się jeszcze na miejski targ. W hali ze stołami można było kupić warzywa, owoce, tradycyjne wyroby; oliwę, miód, suszone figi itp. Zrobiliśmy zakupy typowe dla nas, czyli worek świeżych fig, trochę warzyw i… kupiliśmy najpyszniejszą jaką do tej pory jedliśmy, szynkę jagnięcą wędzoną na zimno! Pychota! Do tego ich owczy ser, kajmak „mlady” i „stary” – oba pyszne, smakiem przypominające śmietankowy serek mascarpone, ale o wiele lepsze 🙂

W drodze powrotnej wstąpiliśmy do mieszkanka po rzeczy na plażę i pojechaliśmy złapać jeszcze trochę słonka na wybrzeżu.

Żółw w Sutomore
Żółw w Sutomore

Monastyry pełne ikon

Nie mogłoby zabraknąć na naszej drodze wakacyjnej odpowiedniej dawki sztuki, oczywiście tej w wydaniu prostym, pięknym i zwracającym duszę ku Stwórcy. Mój Kochany Mąż stwierdził dziś rano, że pora na turystykę sakralną, która na pewno jest najlepsza na ból głowy. Nie pomylił się.

Ruszamy drogą do Budvy, a na naszej trasie mamy sześć monastyrów. Nasza Helenka opisała je wspaniale w odpowiedniej kolejności, więc dublować nie będę. Wspomnę tylko o monastyrze, który najbardziej poruszył nasze serca. Rustovo. Krętą, asfaltową drogą wspinamy się naszym dzielnym LanDkiem coraz wyżej i wyżej. Tafla granatowo – szmaragdowego Adriatyku majaczy w dole, a na niej plama wyspy Sv. Stefan. Droga wije się następnie pośród drzew, które przyjemnie chłodzą powietrze. Docieramy na miejsce. Kamiennymi schodkami schodzimy w kierunku sklepiku i bramy, która prowadzi do wnętrza zabudowań monastyru Rustovo.

Monastyr Rustovo
Monastyr Rustovo

Uśmiechnięta, szczupła i wysoka mniszka jakby czeka tu na nas… Pyta, czy pierwszy raz jesteśmy w tym miejscu, a następnie otwiera bramę i wprowadza nas do środka ogrodu, gdzie wszystko ma swoje miejsce. Każdy kwiat, kamień, dzban, klatka z papużką, wszystko położone jakąś dłonią z poczuciem estetyki i harmonii. Wchodzimy do pierwszej cerkwi, w której oglądamy bardzo starą ikonę, umieszczoną w gablocie. To ikona zwana „Pachnącym Kwiatem”.  Historia jej jest niezwykła. Podobno pewien Chrześcijanin kupił ciemne deski od antykwariuszy, z przykazaniem iż należy je złożyć razem, gdyż tworzą one obraz. Kiedy ów człowiek skleił je ze sobą, jego oczom rzeczywiście ukazał się obraz ikoniczny. Odłożył je jednak na później, aby spróbować odtworzyć obraz. Ku jego zdziwieniu po pewnym czasie Bóg sam zaczął pracować nad Wizerunkiem i oczom tego człowieka zaczął ukazywać się obraz Matki Bożej z Jezusem. Ikona trafiła do Rustovo, gdzie jest czczona. Znane są także liczne uzdrowienia, które dokonały się mocą modlitwy przy tej Ikonie…

Ikona Pachnący Kwiat
Ikona Pachnący Kwiat

Mniszka poprowadziła nas następnie do kolejnej cerkwi, która dość nietypowo jak na cerkwie na Bałkanach, wykonana była z drewna i bardzo przywodziła na myśl nasze śliczne kościółki z Podhala. Tu kolejna ikona Matki Bożej z Jezusem, przy niej natomiast modlą się kobiety, prosząc o dar macierzyństwa. Mniszka powiedziała nam, że już ponad sześćdziesiąt wymodlonych małych istnień Bóg powołał dla modlących się pań 🙂

Monastyr Rustovo
Monastyr Rustovo

Wychodząc z cerkwi Mniszka zapytała nas, czy jesteśmy „orthodox family”, czym nas niesamowicie pozytywnie zaskoczyła. Powiedziała, że jak tylko nas zobaczyła, to była pewna, że jesteśmy rodziną prawosławną 🙂 Na co mój Mąż pokazał jej ikonę – miniaturę na swojej szyi i pochwalił się, że to ja piszę i stąd nasza fascynacja kościołem wschodnim 🙂

W sklepiku zakupiłam jeszcze cudownie pachnące kadzidło, aby nam przypominało spokój i harmonię tego miejsca!

Ostatnim naszym celem była Budva. Miasto – perła nad Adriatykiem, jak je zapamiętałam sprzed lat. To już źle wróżyło 😉 Znaleźliśmy parking nieopodal murów starego miasta i ruszyliśmy, aby zatopić się w ich klimat. Kroczymy wąskimi, kamiennymi uliczkami, przeciskając się w tłumie turystów, nieomal przebiegamy przez nie, jak w labiryncie, aby móc się uwolnić od tego natłoku przepychu, kiczowatych pamiątek, zawrotnych cen, biżuterii i klimatu Wenecji. Hmmm po raz kolejny dochodzimy do wniosku, że takie „turystyczne perełki” nie są dla nas…

Stare Miasto w Budvie
Stare Miasto w Budvie

Oczywiście dzieci głodne, a my zerkając w karty menu dostajemy nerwicy. Znaczy ja. Ceny około 2,5 raza wyższe niż w naszym Sutomore. Żal kupić nawet kawę w tak wyśrubowanych cenach! Wpadamy na pomysł, że tu zjemy jakąś przekąskę z „Pekary”, a w domu pójdziemy na porządny obiad. Pomysł wypalił świetnie, bo dzieci wciągnęły ze smakiem pitę z jabłkiem, a my z mięskiem 🙂

Przekąska w Budvie
Przekąska w Budvie

Czym prędzej ruszamy w drogę powrotną, gdyż jest szansa na kąpiel w morzu, a dzieci pragną tego, jak wielbłąd wody.

Wycieczka do Monastyrów

Dzisiaj będzie średnio ładna pogoda dlatego planujemy odwiedzić kilka monastyrów, po drodze do miasta Budvy. Wyjeżdżamy. Najpierw jedziemy do monastyru o nazwie Gradište i drugiego monastyru, który znajduje się obok tego pierwszego. Nazywa się Rezevici. Ten pierwszy to cały ośrodek, złożony z 2 monastyrów, z których 1 jest nowy, ale mimo to piękny, a drugi stary, także piękny, kaplicy cmentarnej, obok której znajduje się cmentarz, ogród, i dom dla tutejszych mnichów i popów. Obok jest parking.

Monastyr Gradiste
Monastyr Gradiste

Teraz jedziemy do monastyru Praskvica. Jest to w sumie nie aż tak piękny monastyr, trochę połączenie stylu katolickiego z prawosławiem, nowe ikony. Teraz jedziemy do monastyru Rustovo. Już w ogrodzie czeka na nas siostra, która nas będzie oprowadzać. Jest bardzo miła. Idziemy najpierw do malutkiego monastyrku. Jest naprawdę mały ale śliczny. Potem idziemy jeszcze do przepięknego drewnianego pomieszczenia. W Polsce styl tego pomieszczenia nazwałoby się góralskim. Kupujemy pamiątki. Mańka idzie na plac zabaw obok monastyru, więc my z nią. Siostra daje nam jeszcze za darmo ciasteczka z kminkiem. Ze wszystkich monastyrów które dzisiaj widziałam ten jest najładniejszy. Teraz monastyr Duljevo. Dojeżdżamy do niego, ale niestety jest zamknięty. Został nam jeszcze Podmaine, ale to już w Budvie. Nie jest taki piękny.

W Monastyrze Podmaine
W Monastyrze Podmaine

Zwiedzamy Budve, to znaczy stare miasto. Wracamy do domu. Przebieramy się po czym idziemy zaraz na plażę. Po plaży idziemy na ciepłą kolację do restauracji w Sutomore.

 

Mały offroad – Sutomore Haj

Ponieważ wychodzimy z założenia, że nie ma złej pogody, tylko czasami ubiór jest nieodpowiedni, nie mogliśmy usiedzieć w apartamencie nawet w czasie deszczu. Najpierw podjechaliśmy na plażę zobaczyć co zostało z dziecięcych budowli z kamieni i piasku po nocnej ulewie, a potem wjechaliśmy na szczyt góry Zagrade, z którego podobno jest piękny widok na całe Sutomore. Szutrowa droga okazała sie bardzo kamienista i obfita w przeszkody w postaci poprzecznych betonowych spowalniaczy (prawdopodobnie zapobiegających obsuwaniu się kamieni). W związku z tym nawet włączyłem reduktor, który okazał się bardzo pomocny w czasie zjazdu (razem z asystentem zjazdu – nawet nie musiałem dotykać pedału hamulca). Niestety nad szczytem wisiała chmura i akurat jak wysiadłem zrobić zdjęcie to ostro zacinał deszcz.

Powered by Wikiloc
Sutomore Zagrade
Sutomore Zagrade

Stari Bar na migrenę

Migrena potrafi uciszyć mnie prawie na amen. Dobrze, że mój kochany Mąż bierze wtedy sprawy w swoje ręce, a zwłaszcza te sprawy najważniejsze 🙂 Dzięki temu w niedzielę rano zapakował wszystkie dzieci do LanDzika i pojechał z nimi do kościoła na mszę. Komentarz Bartusia po powrocie: Mamusiu, ja to nic nie rozumiałem poza słowem „griechy”, to chyba grzechy, no i jeszcze „Alleluja” śpiewali po Polsku, to rozumiałem. Cudowności moje! Jakoś po ich powrocie pozbierałam się do pionu i pojechaliśmy na plażę, gdzie znów przybrałam pozycję horyzontalną, ale ból sprawiało mi nawet szumiące morze…

Tak minął dzień, wieczór i poranek dnia kolejnego znów przykuł mnie do łóżka. Znów mój Mąż wziął dzieci na off-roadową wyprawę, a ja miałam chwilę ciszy z moją cudowną migreną. Po powrocie Mąż zrobił przepyszne spagetti, tak dobre, że Bartuś wylizał garnek! A jako terapię na ból głowy wyszukał, że możemy zwiedzić ruiny kamiennego miasta Starego Baru, które znajduje się 20 min. drogi od Sutomore. Niepewna decyzji pojechałam z nimi i muszę przyznać, że miejsce jest naprawdę wyjątkowe. Ruiny królują na szczycie wzniesienia, wchodzi się do nich przez kamienną wieżę – bramę. Wąskimi uliczkami spacerowaliśmy wchodząc w zakamarki starych domów, kościołów, pałaców, wdrapując się na cytadelę i podziwiając widoki, jakie rozpościerały się ze wzniesienia – zalesionych wzgórz, szumiącego wodospadu i ciężkich chmur, które przewalały się przez wapienne szczyty.

 

Stari Bar
Stari Bar
Stari Bar
Stari Bar

Ruiny starego miasta zrobiły na mnie, na nas, duże wrażenie. Choć wiele tu jeszcze potrzeba pracy, aby mogło stać się perełką, to potencjał jest 🙂 Stromą uliczką współczesnego Starego Baru ruszyliśmy w dół, aby wrócić do autka. Wycieczka nie zadziałała jak Paracetamol, ale na pewno lekko uśmierzyła ból.

 

Stari Bar
Stari Bar
Stari Bar
Stari Bar

Plaża w Sutomore

Dzisiaj jedziemy na jeszcze inną plażę niż wczoraj. Jest większa i nie ma tak wielkich kamieni jak tamta wczoraj. Jednak przechodzimy na drugą stronę nasypu kamiennego, gdzie jest trochę spokojniej, ale są duże, ostre i wystające kamienie. Po chwili już z kółkami, idziemy się kąpać. Już wczoraj powiedziałam Tatusiowi, że z kółkiem, popłynę z nim bardzo daleko od plaży. Niestety okazuje się że popłyniemy tam dopiero na sam koniec pobytu nad morzem, ponieważ wypływam trochę dalej, by pounosić się na falach, macham szybko nogami, i nagle zahaczam jedną, lewą nogą o ostry kamień i rozcinam ją sobie. Leje mi się krew. Od razu słona morska woda zaczyna mnie piec.

moja noga
moja noga

Wobec tego że dopóki nie zrobi się jako taki strupek nie mogę pływać, więc   zaczynam zbierać ładne kamyczki. Po chwili zauważam że Bartek też już nie pływa, za to buduje „mur obronny” przed wodą morską. Pytam go co robi, on mówi że buduje restaurację. Zaczynam mu z Marią pomagać. Po chwili już zaczyna powstawać restauracja. Robię mozaikę-rondo na środku, jest tam grill, mały stawik, a wszystko to otaczają różne kwiatki i zielone rośliny. Dookoła stoliki. Bartek dołącza do tego jeszcze pokoik gościnny.

nasza restauracja
nasza restauracja

Po powrocie do apartamentu, płuczemy się z soli, przebieramy, i jedziemy coś zjeść do restauracji. Jest dobre jedzenie.

Plaża w Sutomore

Jedziemy na plaże, która jest w Sutomore . Mamy wybór, albo trzeba pojechać w prawo, to się dojedzie na plaże, która ma scene, a jak się pojedzie w lewo to na plaże która ma duże kamienie, a jak się pojedzie na wprost to się dojedzie na normalną plażę. Byliśmy tylko na dwóch, obie mi się podobały, a na tą trzecią chwile podjechaliśmy, a później tatuś na ną pobiegł i zrobił zdjęcie.

Plaża Maljevik
Plaża Maljevik

Monastyr Ostrog

W drodze z Zabljaka nad morze postanawiamy odwiedzić Monastyr Ostrog – jedną z głównych atrakcji turystycznych Czarnogóry. Dojazd wąską, widokową drogą nie sprawia żadnych problemów, ale na miejscu ukazuje się nam tłum ludzi. Oprócz turystów natrafiliśmy chyba na pielgrzymkę. Ludzie leżą na materacach i kocach pod gołym niebem.

Monastyr Ostrog
Monastyr Ostrog

Na głównym placu widzimy dwie kolejki. Jedna kolejka do okienka gdzie można kupić świece i następnie je zapalić w kaplicy w intencji zmarłych. Druga, dłuższa wiedzie po schodach w kierunku górnego Monastyru. Pan z obsługi widząc, że jesteśmy turystami z dziećmi daje nam znak, że możemy ominąć kolejkę idąc pod prąd. Później okazuje się, że wszyscy Ci ludzie czekali do malutkiego pomieszczenia, w którym siedział mnich i dbał o to, by nie robić zdjęć. Jest to miejsce gdzie znajdują się relikwie św. Bazylego. Zwiedzamy dostępne pomieszczenia, w których widzimy wiele różnych mozaik na ścianach.

Monastyr Ostrog
Monastyr Ostrog

Ogólnie Monastyr jest położony w pięknym miejscu i z zewnątrz jest imponujący, ale część udostępniona do zwiedzania nie robi wielkiego wrażenia. Spodziewałem się czegoś więcej, szczególnie biorąc pod uwagę, że został on założony przez mnicha pochodzącego z Monastyru Tvrdos z Bośni.

Durmitor w słońcu

Ranek wita nas niebieskim niebem i pięknym słońcem. Po śniadaniu wybieramy się na drogę widokową wiodącą przez góry Durmitoru. Asfalt wije się pomiędzy wspaniałymi szczytami wapiennymi, pagórkami i połoninami. W drodze na przełęcz mijamy oldmobil’a, który stoi kilkadziesiąt metrów  poniżej asfaltu (czy stoczył się w dół, czy też specjalnie go ktoś tam ustawił, tego nie wiemy). Osiągamy Sedlo, czyli przełęcz z której rozpościera się zapierający dech w piersiach (nie tylko od piękna, ale i od wiejącego tu wiatru) widok na otaczające szczyty.

Sedlo w tle
Sedlo w tle

Z trudem wysiadamy z auta, a nasz plan spaceru ścieżką widokową lega w gruzach, gdy wiejący tu wiatr chce nam urwać głowy 😉 Dzieci ubrane we wszystko co się dało, nagle dostrzegają pozytywy naszego porannego zachęcania ich do włożenia ciepłych ubrań. Szybko podchodzimy kilka metrów w górę, robimy parę pamiątkowych zdjęć i byle prędzej, zatapiamy się w cieple LanDzika 🙂 Jedziemy dalej drogą, która jest wyjątkowo piękna. Mijamy stada owiec, krów, kóz… Krajobraz bajkowy. Spalone słońcem trawy łudząco przypominają nasze Połoniny, ale ich ogrom jest nie do porównania, poza tym z tutejszych połonin wyrastają ku niebu gołe, wapienne, masywne szczyty, które wysokością dorównują Tatrom.

Tunele
Tunele

Wstążką drogi, która raz po raz znika w wykutych w skałach tunelach, docieramy do Kanionu Pivy. W dole widać turkusowy zalew (co prawda sztuczny, ale w niczym mu to nie ujmuje piękna) oraz miasteczko Pluzine. Docieramy do Monastyru Piva, wzniesionego w XVI w. i przeniesionego w latach 70-tych na obecne miejsce z terenu zalewu. Wnętrze zdobią wspaniałe freski – ikony. Można tu odetchnąć duchowością…

Monastyr Piva
Monastyr Piva

W Pluzine jemy lekki obiad i ruszamy w drogę powrotną po śladach naszych kół 🙂 Tuż za Sedlem mały korek. Maciek z dziećmi wysiadają zobaczyć co się stało. Otóż traktor wyciąga wspomnianego na początku wpisu oldmobila z przepaści, a turyści podziwiają to karkołomne zadanie.

Oldmobil z przepaści
Oldmobil z przepaści

Do Żabljaka docieramy dość wcześnie i postanawiamy podejść jeszcze raz nad Crno Jezero, tym razem w pięknej pogodzie, z przepięknym widokiem na szczyt Mamad’u, ale za to w tłumie turystów, którzy wysypują się tu z autokarów i jak lawa zalewają brzeg jeziora. Dzieci z pasją wrzucają kilka kilogramów kamyków do jeziora, po czym ruszamy szlakiem w stronę Zmijne Jezero. Ścieżka wiedzie przez las, ale jest przyjemna i urokliwa. Tu docierają już nieliczni, można więc zaznać troszkę ciszy i spokoju (poza odgłosami naszych dzieci, które rozpoczynają zbieranie gliny na jej przerób na barwniki naturalne!!!). Nie osiągamy celu wyprawy, gdyż jest zbyt późno by iść dalej, zatem zawracamy w stronę jeziora. Udało się nam znaleźć kilka rydzów, z których powstała pyszna kolacja dla Mężusia 🙂

Rydze
Rydze

Dzień wypasiony. Napełniony po brzegi. Jutro ruszamy dalej, na południe!

4 dzień – Durmitor

Dzisiaj  pierwsze co to wstajemy, jemy śniadanie i się ubieramy i jedziemy na przełęcz Sedlo.

Przełęcz Sedlo
Przełęcz Sedlo

Wiało tam tak bardzo, że moja siostra prawie by odleciała, a jak próbowałem otworzyć drzwi to wiatr je sam otworzył, a jak już zjechaliśmy to pojechaliśmy nad jeziorko, które się nazwa się Pivsko. Jak jechaliśmy nad to jeziorko to było tak dużo tuneli jak niewiem co, a jeszcze później pojechaliśmy nad takie jeziorko które się nazywa Crno Jezero.

Crno Jezero
Crno Jezero

Podobało mi się tam.