Dubrovnik – oczekiwania vs rzeczywistość

Odwiedziliśmy dzisiaj Dubrovnik – jeden z głównych celów naszej wakacyjnej wyprawy.

Najpierw po pobycie na plaży wybraliśmy się na mały rekonesans i pojechaliśmy na Fort Imprerial, który znajduje się na górze wznoszącej się nad miastem. Można tam dojechać drogą asfaltową lub kolejką linową.

Dubrovnik

Widok z tego miejsca jest na prawdę imponujący. Rozbudziło to nasze apetyty jeżeli chodzi o samo miasto. W związku z tym oczekiwaliśmy pewnej magii, piękna, klimatu…

Niestety, przez powszechne tłumy i drożyznę panującą w całym rejonie poczuliśmy pewne rozczarowanie. Udało nam się znaleźć parking nieopodal bramy Buža, który kosztował 50 kun za godzinę (30zł, a kawałek dalej był taki co kosztował 70 kun). Potem pochodziliśmy trochę po starym mieście i zwiedziliśmy Pałac Rektora. Następnie udaliśmy się do fontanny Onufrego, gdzie dzieci moczyły ręce w każdym kranie (może kiedyś tu wrócą…)

Ogólnie miasto jest piękne, ale lepsze wrażenie wywarły na nas inne małe miasteczka, takie jak Stari Grad na wyspie Hvar. W Dubrovniku brakuje tego klimatu, który można znaleźć w mniej popularnych miejscowościach.

Dubrovnik

Dzisiaj (ponieważ pogoda nam nie dopisuje), postanowiliśmy pozwiedzać miasto Dubrovnik. Mamusia opowiedziała jak 14 lat temu myła ręce w każdym kranie dużej fontanny w Dubrovniku (aby tam wrócić). I Wróciła! Spełniło się Jej marzenie! Niestety nie  jest tam teraz tak ładnie jak było kiedyś. Najpierw zwiedzaliśmy kościół Dominikanów, potem Pałac Rektora. Podobało mi się tam!

Helenka na tle Starego Miasta

Dubrovnik

PRZED CHWILĄ WRÓCILIŚMY Z DUBROVNIKA. TAM BYŁO ŁADNIE.

KOCHANI SĄ RODZICE, ŻE NAS ZABRALI. FAJNIE TAM BYŁO, A JAK OGLĄDNĘLIŚMY TO WRÓCILIŚMY.

W tle Dubrovnik

Plaża Orasač (poniedziałek)

Dzisiaj  rano byliśmy na plaży Orasač i pływaliśmy w morzu. Pierwszy raz byłam tak głęboko. Było świetnie! Wybudowaliśmy aż 3 restauracje z piasku i kamieni. A przed wyjazdem na plażę Orasač Marysia ubrała turkusowy kapelusz Mamusi.

Marysia w kapeluszu

Droga do Chorwacji

Wyjazd z Głogoczowa o 19.00, przejeżdżamy przez Słowację, Węgry, Chorwację, Bośnię i Hercegowinę do Chorwacji. Podróż zaplanowana na 16 godzin trwa… 22 (sic!). Jednak dla piękna widoków w BiH – warto było tłuc się naszym Landkiem! Kiedy w Bośni droga zaczyna piąć się zboczami gór otaczających rzekę Neretvę, jazda samochodem przypomina oglądanie filmów przyrodniczych. Przepiękny, turkusowo – szmaragdowy kolor Neretvy kontrastuje z białością wapiennych skał. Raz po raz zerkam na czas jazdy do celu i oczom nie wierzę, czas dłuży się niesamowicie, ale prawie tego nie czuć, droga tak zachwyca. W głowach pojawia się myśl – jedzonko. Dzieci zaczynają być głodne, my nerwowo szukamy odpowiedniej restauracji. Jednak w tej okolicy widać tylko typowo turystyczne miejsca, masówki. Zauważamy pośród przydrożnych straganów z warzywami i owocami małą knajpkę, parkujemy, wysypujemy się z Landka i zasiadamy przy stoliku. Helcia zmięta jak liść osiki mówi, że zje tylko gotowane ziemniaczki (!), Bartuś zamawia cielęcinę i fryty (!), Maciek jagniątko z rożna, ja steka. Przemiła Pani kelnerka, pomimo że nie mają w menu gotowanych ziemniaków, załatwia sprawę na naszą korzyść 🙂 Po dłuższym oczekiwaniu dostajemy upragnione jedzone 🙂 Palce lizać. A po zerknięciu na rachunek, było nam jeszcze milej. Bośnia, to wyśmienity kraj na pyszne jedzenie. Z pełnymi brzuszkami ruszamy dalej, kupując po drodze u jakiejś babinki 3 kilo fig (po 5 zł za kg), pomidorki i najlepszą na świecie „domaci” cebulkę.

Droga nadal kluczy wokół pięknych szczytów, w dole majaczy Neretva, zbliżamy się do Mostaru, tu jeszcze powrócimy. Kierujemy się na przejście graniczne z Chorwacją. Tu zaczynam wątpić w mapy googla, do których przekonuje mnie mój Kochany Mężuś 😉 Droga wąska na jeden samochód, od czasu do czasu zdarzają się tu mijanki. Wkoło góry, trawa spalona słońcem i wszechogarniająca pustka. Gdyby nie to, że parę kilometrów wcześniej Maciek upewnił się u kelnera, że to przejście istnieje i działa, wolałabym zawrócić! Coraz bliżej do przejścia droga jest bardziej zarośnięta, ale, ale… w oddali widać jakąś budkę, słup i osprzęt pograniczny, to Orahov. Paszporciki, dwa uśmiechy i już jesteśmy na Chorwacji. Chwilkę dalej wyłania się Adriatyk! Uratowani! Po ponad półgodzinnej jeździe dobijamy do celu, miejscowości Orašac. Tu czeka na nas pensjonat z widokiem na granatowe morze 🙂

Z Sułkowic do Skomielnej

Wybraliśmy się naszym Landkiem na małą próbę przed wyprawą wakacyjną. Do tej pory nie było okazji , żeby go przetestować w terenie, więc znaleźliśmy znajdującą się niedaleko nas trasę na traseo. Trasa okazała się bardzo ciekawa. Widoki były bardzo przyjemne a trudność części terenowej można ocenić na średnią.  Były bardzo fajne podjazdy po sypkich kamieniach, trochę jazdy po parowach i kilka wąskich miejsc. Na szczęście nasz Landek dzielnie dawał sobie radę i bez najmniejszych problemów pokonał wszystkie przeszkody. Na koniec wyjechaliśmy przy Kapliczce Koskowej

Landek
Kapliczka Koskowa w tle
Kapliczka Koskowa w tle

Stare Wierchy

W piątek byliśmy na Starych Wierchach.Były imieniny Bartusia, więc  wzięliśmy  ciasto. Gdy dojechaliśmy i chcieliśmy już iść zielonym szlakiem Mamusia nagle mówi: dlaczego ja mam (pokazuje na plecy) tu mokre? Okazało się że to Mania się przelała. Musieliśmy wracać do samochodu, nosidło i podręczna torebka Mamusi były mokre. W końcu poszliśmy, a chmury, które do tej pory zasłaniały czyste niebo rozstąpiły się, teraz mogliśmy już spokojnie iść, a i cieszyć się piękną pogodą. Szliśmy tak po kamienistej ścieżce, aż znaleźliśmy: borówki, jeżyny i żółte maślaczki. Gdy już doszliśmy do celu (na Stare Wierchy), to poszliśmy do schroniska zamówić sobie obiad, na ten właśnie obiad miało być: 3 duże porcje frytek z solą i ziemniaczki na masełku z koperkiem dla Mani, i wróciliśmy do domu.

W drodze na Stare Wierchy

Rohacze

Z okazji naszej rocznicy ślubu wybraliśmy się bez dzieci do miejsca dla nas szczególnie istotnego. 8 lat temu na Rohaczu Ostrym oświadczyłem się Mojej Lepszej Połówce. Wtedy był to dzień długiej wędrówki, wielu emocji i przygód (łącznie z wzywaniem TOPRu). Teraz zrobiliśmy sobie spokojną wycieczkę najpierw wokół Rohackich Stawów.

Roháčske plesá

Potem poszliśmy na Smutną Przełęcz. Niestety zabrakło już czasu i pogody na przejście samych Rohaczy i Wołowca.

Widok na Rohacze

Ogrodzeniec

W ciepłe lipcowe popołudnie wybraliśmy się zobaczyć jedną z największych atrakcji Jury Krakowsko-Częstochowskiej, czyli zamek Ogrodzieniec, znajdujący się w miejscowości Podzamcze.

Sama miejscowość nie robi większego wrażenia, jedyne co rzuca się w oczy to fakt, że na każdym podwórku w pobliżu zamku jest płatny parking (przeważnie 5zł za dzień bez limitu). Nam udało się zaparkować u Sołtysa i był to bardzo dobry wybór, gdyż oprócz samego miejsca parkingowego otrzymaliśmy też szczegółową informację turystyczną.

Droga prowadząca na zamek przypomina nieco Gubałówkę – obraz kiczu i tandety. Turystyka ma swoje prawa i każdy próbuje zarobić na znajdującej się na końcu drogi atrakcji.

Zamek Ogrodzieniec
Zamek Ogrodzieniec

Zwiedzanie zamku to bardzo interesujące przeżycie. Jest to dosyć długa ścieżka z kilkunastoma punktami, w każdym z nich znajduje się opis pomieszczeń wraz z fragmentami historii zamku. Schody i przejścia są dużą atrakcją szczególnie dla dzieci, a komnaty robią wrażenie również na dorosłych.

Szkoda że zamek obecnie jest w stanie ruin, w czasach swojej świetności musiał być imponujący.