Znad morza do Trebinje

Raniutko pakujemy nasze rzeczy i kierujemy się wybrzeżem Adriatyku do Zatoki Kotorskiej, do miasta Perast. Tam zostawiamy autko na parkingu powyżej miasteczka (auta mają zakaz wjazdu do miasta, poza mieszkańcami), schodzimy uroczymi, kamiennymi schodkami na nabrzeże, gdzie po kilku sekundach łowią nas właściciele łódek, którzy świadczą usługi dowożenia ludzi na wyspę Ostrvo. Właśnie ta wyspa, usypana przez ludzi oraz znajdujący się na niej Kościół Matki Boskiej na Skale, wybudowany w 1630 r. są celem naszej wyprawy. Wsiadamy zatem do łódki i po kilku minutach jesteśmy na miejscu. Wyspa stanowi dużą atrakcję turystyczną i strach pomyśleć, co się tu dzieje w sezonie letnim…

Kościół Matki Boskiej na Skale
Kościół Matki Boskiej na Skale

Cały czas kursujące łódki dowożą nowych turystów, całe wycieczki tłoczą się u wejścia do kościoła, ludzie przeciskają się wąskimi, kamiennymi wrotami wewnątrz świątyni. A my wraz z nimi.

Kościół Matki Boskiej na Skale
Kościół Matki Boskiej na Skale

Oglądamy wnętrze kościółka, który został tu wybudowany ze względu na znaleziony na skale obraz Matki Bożej, który trzykrotnie próbowano przenieść do kościoła w Peraście, ale obraz powracał na skałę. Wówczas to zaczęto usypywać wyspę, a następnie wybudowano kościół, w którym umieszczono Oblicze Matki Bożej. Z nawy głównej przechodzimy do pomieszczeń przyległych do kościoła, które wypełniają różne eksponaty. Trochę taki misz – masz. Mozaika, krzyże, kamienne tabernakulum, drewniana skrzynia zamykana na trzy zamki (a to ciekawe, bo musiały spotkać się trzy osoby, aby taką skrzynię otworzyć lub zamknąć), troszkę paramentów liturgicznych (kielichy, ampułki, łódki na kadzidło, lichtarze, krzyże), a zaraz obok broń (szable, sztylety, broń palna), nie zabrakło tu dzwonków i starych żelazek… W kilku salach w górnej części nad kościołem (obiekt stanowi równocześnie muzeum) można zobaczyć obrazy przedstawiające burzę na morzu i czuwającą Matkę Bożą nad żeglarzami walczącymi z żywiołem, obrazy Chrystusa rozpostartego na krzyżu ponad morzem oraz wiele świeckich obrazów, gdzie widnieją wspaniałe pejzaże z widokami przedstawiającymi morze i wiele innych. Wychodzimy na kamienny balkon, z którego ślicznie widać miasto Perast, a u jego stóp lazur Zatoki Kotorskiej. Śliczne miejsce, minusem są jednak tłumy ludzi. Łódź zabiera nas z powrotem na ląd.

Powrót na ląd
Powrót na ląd

Chwilkę spacerujemy po nabrzeżu, ale poza restauracjami nic tu już nie ma.

Perast
Perast

Wracamy do LanDzika i ruszamy jeszcze na plażę, gdyż pogoda nam dopisuje.

Dojeżdżamy na plażę w miasteczku Igalo. Totalna porażka. W sumie rozkładamy nasz kocyk z całym majdanem i dzieci lądują w wodzie, ale dość szybko orientują się, że jest ona brudna i chyba nie mają ochoty w niej przebywać. Poza Marysią, bo ona z zapałem brodzi w tej nieprzejrzystej zupie i zbiera jakieś trawy, które jak makaron dryfują tu i ówdzie. Niby miejska plaża, ale WC nieczynne, zamknięte na cztery spusty, prysznice z ukręconymi kranami, do morza wpływa nieopodal jakiś niezidentyfikowany ściek (z okolic WC), plaża w śmieciach, a poza tym sam beton. Tak sobie pomyślałam, że gdybym trafiła tu z jakiegoś biura podróży na tygodniowy urlop, to chyba bym tego nie wytrzymała… Po tych wspaniałych, pięknych plażach, które odnajdywaliśmy za naszych wyprawach, ta okazała się zupełną wtopą. Po niecałej godzinie uciekamy z tamtąd i kierujemy się do Trebinje.

Jak miło zajrzeć w zakątki, które się już poznało! Trebinje, piękne bośniackie miasteczko pośród gór. Nasze kroki kierujemy od razu w kierunku Pijaca, placu pod platanami, z nadzieją że jeszcze uda się nam coś zakupić u targujących tu ludzi. Niestety żywej duszy już nie było. Tylko restauracje i kawiarenki żyją swoim życiem. Teraz za kolejny punkt obieramy lodziarnię, w której dzieci po raz pierwszy jadły lody rok temu. Zamknięta. Szukamy innej. Trafiamy do kawiarni – lodziarni na starym mieście i tam zamawiamy deser lodowy. Dzieci uszczęśliwione!

Lodziarnia GRK
Lodziarnia GRK

Po powrocie do apartamentu widzimy, że nasi Gospodarze warzą coś w przybudówce nieopodal domu. Pytam, czy to sipurak (głóg), ale okazuje się, że ajvar (sos przygotowywany z papryki, bakłażanów, czasem cebuli i czosnku, soli i przypraw). Dostaję na spróbowanie na chlebku tej pyszności i proszę o możliwość zakupienia choć słoiczka. Jest przepyszny. Zupełnie inny od tych ze sklepu… Nazajutrz udaje się nam jeszcze kupić dżemik z fig (dokładnie taki, jaki zrobiłam sama rok temu) oraz dżem w przepięknym, karminowym kolorze, z owoców dereni i granatu. Jako upominek dla mojego brata, dostajemy małą flaszeczkę domowej rakii ze śliwek, czyli śliwowicy 🙂